3Powrót (Pracownia Antyfaceta)
ANTYFA 0
ROK 2011 – II POŁOWA: OK ZE ZGRZYTEM
1.
Lato 2011 spędziłem jałowo w Tarnowskich Górach, czyli wyglądałem wbrew sobie, marnowałem chwile ładnej pogody poza domem chodząc w męskich szmatach, i tylko podczas krótkich pobytów na Dolnym Śląsku bywało normalnie. Dopiero jesień przyniosła pełen powrót do normalności i trochę intensywności życia. Oprócz wznowienia działań w pracy, we wrześniu miałem zaproszenie do wystąpienia w kawiarni Literatka na Rynku. Sprawa była ogólnie obgadana już przed wakacjami, ale ogarnął mnie marazm i długo nie wiedziałem, z czym wystąpić. Nie podobała mi się idea prostego opowiadania o sobie, więc przez jakiś czas martwiłem się sprawą, okazjonalnie pisząc jakieś kawałki na stronę. Jednym z nich okazał się tekst „Zagadka japierdolenia” i w którymś momencie otrzymałem sugestię (podziękowania i pozdrowienia dla Arka!), aby dać ten tekst do odczytania komputerowemu programowi do syntezy mowy, którego próbki umiejętności można znaleźć w Internecie (konkretnie: ivona.pl). Mając trochę czasu pozgrywałem sobie fragmenty dawane męskiemu głosowi do odczytania z urzędową uprzejmością i elementami entuzjazmu, dzięki czemu tekst mój momentalnie zyskał nowy wymiar humorystyczny, albowiem jest on stylizowany na referat językoznawczy. Z czasem dorobiłem doń prezentację w pałerpojncie i pozostawał tylko niepokój, czy 20 września to się da zaprezentować przed publicznością w miejscu, gdzie wszyscy występują z żywym słowem, a co najwyżej posiłkują się slajdami. Na szczęście organizatorzy wieczoru Gadka-szmatka nie domagali się opisu występu przed jego wykonaniem, a na dodatek okazało się, że mnie umieszczono na końcu repertuaru, pozostawało tylko obmyślić słowo zagajenia mające przygotować Publiczność na to, co będzie jej przedstawione. W istocie, gdy nadeszła moja kolej, zagajenie miałem gotowe i po krótkim słowie na żywca technicy uruchomili prezentację, zaś ja tylko stałem bądź spacerowałem po scenie z miną maksymalnie poważną, na jaką potrafiłem się zdobyć, gdy Publiczność się śmiała. Regułą wystąpień w tej kawiarni jest, że występ ma trwać nie więcej niż 5 minut, a specjalny funkcyjny mistrz ceremonii we fraku co minutę gasi jedną symboliczną lampkę, dając występującemu do zrozumienia, ile czasu mu zostało. Skądinąd zauważyłem, że rygorystycznie nie przerywano ciekawych wystąpień, ale czy moja prezentacja mechanicznie uruchomiona taką będzie? Tym bardziej, że trwała około 13 minut. Okazało się, że poszło dobrze – pod koniec wieczoru Publiczność była już wyluzowana piwem i innymi trunkami, więc nawet jej nasycenie szacownymi postaciami z akademickiego i społecznego życia miasta nie przełożyło się na trudności z odbiorem mojego tekstu. Pan od lampek przestał je wyłączać i prezentacja spokojnie doszła do końca, a ja odebrałem porcję braw i pozytywnych komentarzy. Przy okazji poznałem osobiście prof. Bednarka i Władysława Frasyniuka, z których ten ostatni też miał tego wieczoru prezentację, a co więcej siedział przez całe widowisko obok mnie i nie zorientowałem się zupełnie, z kim mam przyjemność – najwidoczniej obrazy otrzymywane kątem oka nie są (przynajmniej u mnie) zbyt wnikliwie analizowane...
2.
Pod koniec października ponownie wystąpiłem przed młodzieżą z XIII Liceum Ogólnokształcącego, gdzie nauczyciel p. Krajcarski sprawuje pieczę nad „Wszechnicą dziennikarską”. Jest to coś w rodzaju konferencji prasowej, gdzie uczniowie zainteresowani dziennikarstwem zadają pytania zaproszonej osobie. Cykl zaproszeniowy trwa dwa lata i teraz nastąpiła nowa kolejka. Księga, do której wpisują się goście imponuje ważnymi nazwiskami, więc mój skromny dopisek dobrze wpływa na kondycję mojego ego.
3.
Przed wakacjami wylądował u mnie mail z zaproszeniem do wystąpienia na konferencji naukowej poświęconej skandalowi i transgresji w kulturze, a organizowanej w Instytucie Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego. Wtedy nie miałem czasu zająć się moim potencjalnym występikiem, w czasie wakacji jedynie doszedłem do wniosku, że tekst o „japierdoleniu” nie będzie się nadawał, a taka banalna gadka o samym sobie byłaby jałowym już przejawem egocentryzmu. O sprawie zacząłem ponownie myśleć na początku listopada, podczas gdy zgłoszenia do uczestnictwa w konferencji formalnie już były zamknięte. Jednak przypomniałem się Organizatorom i odpisali, że mogą mnie dopisać do planu konferencji jako gościa specjalnego w jej ostatnim dniu. Skoro tak, musiałem coś wymyślić, i, będąc świeżo pod wrażeniem faktu, że Ania Grodzka (prezeska Fundacji Trans Fuzja, osoba transseksualna) została niedawno wybrana na posłankę do Sejmu RP, postanowiłem przeanalizować trzy osoby uczestniczące w życiu publicznym, których wspólnym elementem jest naruszanie społecznych przyzwyczajeń dotyczących tożsamości płciowej: showman'a Szymona Majewskiego, Anny Grodzkiej i mnie. Napisałem sobie lajtowy publicystyczny referat na ten temat, pozbierałem z Netu trochę obrazków ilustrujących postaci poddawane analizie, i zmajstrowałem w pałerpojncie prezentację, tym razem popychaną ręcznie w miarę osobiście odczytywanego tekstu. Przez chwilę była obawa, czy technicznie rzecz się da zrealizować, bo w sali, gdzie prezentacja moja i Damiana Zegarskiego (związanego ze środowiskiem Pomarańczowej Alternatywy) miały mieć miejsce początkowo nie było komputera, i pożyczyliśmy laptopa od jednego pana spośród uczestników, przez chwilę sygnał wychodził na telewizor, ale po przypadkowym wyrwaniu kabla z gniazda ponownie skonfigurować tych dwóch urządzeń się nie dało, aż jedna z pań organizatorek przyniosła swój laptop często współpracujący z telewizorem z tej sali i rzecz ruszyła. Zdaje się, że występik został przyjęty dobrze, a ponadto później poznałem parę ciekawych osób ze środowiska filologii polskiej i alternatywnej sztuki.
4.
Jak przystoi każdemu porządnemu człowiekowi, stawiłem się na Wrocławskim Marszu Tolerancji – szczegółowy opis zdarzeń z nim związanych umieściłem w osobnym tekście „Po Marszu”. Dodam, że zostałem powiadomiony, iż do odpowiedniego sądu został przesłany wniosek o ukaranie sprawców. Z przyszłym roku zatem będzie ciąg dalszy sprawy.
5.
Wypadało też udać się w dniu 11.11 na kontrmanifestację wobec naziolskiego Marszu Niepodległości. Widząc, jak analogiczna impreza rozwijała się w Warszawie, postanowiłem zostać w domu. Wcześniej były doniesienia prasowe o ściąganiu do Wrocławia nienawistników z zagranicy, wszystko miałoby się odbywać o 17, czyli po zapadnięciu zmroku, zatem w scenerii sprzyjającej nienawistnym przestępcom. Pozostaje smutna konkluzja, że Święto Niepodległości zostaje zeszmacone i obrzydzone przez nienawistników wyszczekujących pod pochodniami obraźliwe i wykluczające hasła, według których „Polska cała tylko biała”, „Polska tylko katolicka”, by przytoczyć te najłagodniejsze. Jeśli tak ma wyglądać polskość i postawa patriotyczna, to lepiej z takim narodem głupoli nie mieć nic wspólnego. Zauważam, że zawsze, gdy do jakiejś sprawy doczepiają się prawicowi politycy i ich bojówkarze, mają oni szczególny dar obrzydzenia jej: przykładowo dotyczy to rodziny, religii, a teraz patriotyzmu i pojęcia niepodległości.
6.
W trakcie rutynowego patrolu internetowego na swój temat guglałem sobie standardowo (na nazwisko lub publiczną markę Antyfacet) i niestandardowo (na zbok w spódnicy, pedał w szpilkach itp.). I odkryłem niezwykle malownicze miejsce z pakietem dość świeżych uwag na mój temat. Było to forum kibiców Śląska Wrocław, a szereg wpisów dotyczących mnie pochodziło z początku października, tj. dni po Marszu Tolerancji i ekscesie z jajami, w jakim musiałem wziąć udział. W grudniu podzieliłem się odkryciem ze społecznością zeznajomionych na Fejsie, i wkrótce pojawił się dodatkowy wpis na kibolskim forum. Abstrahując od faktu, że miejsce to kipi od nienawiści i warto zastanowić się nad oskarżeniem o mowę nienawiści i nawoływanie do przestępstw przeciwko nietykalności fizycznej współobywateli, uznałem, że trzeba przeanalizować antyrozumową formację umysłów piszących tam swoje komentarze. Poświęcam temu wątkowi osobny tekst.
7.
W grudniu odbywają się przedświąteczne imprezy integracyjne w firmach i u nas także. Zasadniczo uznaję te iwenty jako sympatyczne i uczestniczę w nich, specjalnie nie zagłębiając się w ideologiczne podstawy, a koncentrując się na aspektach towarzyskich w ramach Koleżanek i Kolegów na tym samym szczeblu hierarchii służbowej i tych z szczebli wyższych. Nasze imprezy mają to do siebie, że pod koniec ich formalny charakter się rozluźnia i po śpiewaniu kolęd następują występy różne, nazwijmy je „Varia”. Wtedy ktokolwiek ma ochotę, występuje z różnymi produkcjami mogącymi ubawić towarzystwo: są to wierszyki, dowcipy, piosenki, w tym także ludowe o sprośnych podtekstach. Tego razu podochociłem się i ja (w końcu to zacięcie szołbiznesowe tkwi gdzieś we mnie), i postanowiłem odtworzyć z pendrajwa prezentację, która swego czasu dobrze się sprawdziła w kawiarni Literatka. W końcu analiza stylizowana na językoznawczy referat stwarza retorykę, w której wulgaryzmy, w gruncie rzeczy obrzydliwe i przynależne do plugawej mowy nienawiści, stają się rozbrojone przez ośmieszenie. Zapowiedziałem więc wystąpienie i rzecz ruszyła. Przez pierwszych kilka minut Publiczność rzeczywiście bawiła się nieźle, śmiejąc się we właściwych momentach. Potem jednak pojawiło się znużenie (rzecz trwa swoje 13 minut), a wywód prowadzi też do zgryźliwych uwag o konflikcie polskiej powszechnej religijności z postawami rynsztokowymi wyrażanymi przez osoby używające formuły „japierdole” na mój widok. Niestety, niektóre osoby nie zdzierżyły i uciekły podczas prezentacji, inne pogrążyły się w lokalnych komentarzach, tworząc gwar, aż i ja poczułem się niezręcznie i wygasiłem projekcję pliku na 2 minuty przed końcem. Cóż, poczucie humoru i stopień wyluzowania są różne. Otrzymałem później sygnały, że jednym rzecz się podobała, a z tymi, którzy opuścili salę kontaktu już nie miałem. Na wszelki wypadek wszystkich urażonych przepraszam i sugeruję, by potraktowali ten występ jak rodzaj ludowej piosnki o frywolnych treściach, a jeżeli chcą poważnie przemyśleć przesłanie mojej prezentacji, mogą po prostu doczytać jej skrypt na mojej stronie albo pobrać sobie ją w całości i w spokoju odsłuchać do końca.
Osobiście podtrzymuję każde mocne słowo, tezę i wagę pytań retorycznych postawionych w tym materiale. Warto bowiem zastanowić się, gdzie leżą korzenie faktu, że na płaszczyźnie językowej, a być może też w realnym życiu, spełnianie penetracyjnej roli w kopulacji uchodzi za przejaw wyższości nad stroną penetrowaną, i to w społeczeństwie prawie totalnie ochrzczonym w Kościele katolickim, który deklaratywnie głosi religię miłości, przedstawia stosunek płciowy jako akt prawie sakralny, wystawia na piedestał matkę, skądinąd pozamałżeńskiego dziecka? Dlaczego męskie wykonywanie kopulacji stało się synonimem jednego z najcięższych wulgaryzmów? Stąd wzięło się, że świadczenie męskiej części czynności erotycznych może być równocześnie romantyczną i poetycką miłością oraz aktem poniżenia strony penetrowanej? Czyżby tworzenie organizmów potomnych postrzegane było, może podświadomie, jako akt plugawy? Wciągający w marne, nic nie warte życie? Być może okazywanie władzy i wyższości oraz poniżanie przez kopulacyjne zachowanie męskie jest składnikiem toksycznej i wewnętrznie sprzecznej męskiej roli płciowej, według której osoba żeńska stanowi zdobycz, która dowartościowuje swego męskiego posiadacza, ale on każdej chwili gotów jest okazywać jej pogardę, gdyby ona odwróciła się od niego albo go zdradziła z innym? A może biernie uczestnicząca w kopulacji osoba żeńska jest postrzegana jako bezwolny przedmiot, zwierzynę upolowaną przez tzw. mężczyznę i tym samym niezasługującą na szacunek? Dodatkowo ze sprawą wiąże się pogarda dla męskich homoseksualistów spełniających „dolną”, pasywną rolę kopulacyjną, co ma ich czynić podobnymi do tzw. „kobiet” i tym samym niżej stawiać w hierarchii bytów. Często słyszany w katolickiej Polsce okrzyk ”Jebać pedała” jest sam w sobie absurdalny – nawołuje do wykonania wobec homoseksualisty czynności kopulacyjnej, którą on przecież dobrowolnie otrzymywać może od swego partnera, nieprawdaż? I kto miałby „karnie” homoseksualistę „jebać”, czyli zgwałcić – „prawdziwy mężczyzna”, mięśniacki buc? Jeśli tak, to zaiste ciekawym jest, jak można zdobyć się na potrzebną do tego erekcję nie będąc samemu homoseksualistą podniecanym przez osobniki własnej płci. A może w głowach „prawdziwych mężczyzn” podniecenie erotyczne sąsiaduje z ośrodkami wzbudzającymi agresję, i jedno pobudzenie łatwo przechodzi w drugie? Dlaczego? Niech miłośnicy patriarchalnej tradycji poszukają sobie odpowiedzi w swych przekonaniach o „naturalnych” różnicach między płciami, które pozornie im objaśniając świat ustawiają przedstawicieli poszczególnych płci w sztywno osadzonych rolach i fałszywej hierarchii ich ważności.
Poza tym dodam, że w tekstach o intencjach satyrycznych powszechne jest wplatanie wątków i pytań ważnych w zdania rozśmieszające, zatem element dziegciu w tekście początkowo beztrosko humorystycznym jest usprawiedliwiony. Z kolei na swoje usprawiedliwienie dodam, że tekst o japierdoleniu napisało samo życie – ja to tylko trochę zorganizowałem literacko i przeprowadziłem parę rozumowań związanych z tematem. Swoją drogą nasuwa się pytanie, czy teraz może będę wrogiem publicznym w moim miejscu pracy?
Na tym historia się zatrzymuje, choć wierzę, że się nie kończy. Oczywiście mogę zostać zabity – jest to przecież dość typowy sposób „załatwiania sprawy” ludzi niepasujących do dominującej koncepcji męskości wyznawanej przez nienawistników – znawców i obrońców „normalności” oraz bezmyślną i obojętną większość, a zwrot ku nacjonalizmowi czy wręcz faszyzmowi sprawia, że klimat polityczny w Polsce ongiś przerobionej na IV RP, a obecnie wprawdzie rządzonej przez ludzi normalniejszych, wciąż pozostaje obojętny wobec spraw i praw ludzi nietypowych ze swej natury, bądź wskutek świadomego wyboru podważających odziedziczone z przeszłości wzorce postępowania, gdy okazują się one po prostu głupie. W końcu, przy całym szacunku dla cross-dresserów, to, co ja robię, różni się od wychodzenia na miasto w pełnej charakteryzacji żeńskiej, przy której to praktyce dopiero przez niezgrabny ruch lub odezwanie się męskim głosem człowiek dekonspiruje się i naraża na agresję. Ja jestem buntownikiem, znakiem sprzeciwu wobec wrednie ustalonej społecznej normy, i nie występuję pod fikcyjną legendą lecz jako JA. Jestem też chyba pierwszy, który zwalczył w sobie wiele z poniżającego autocenzorskiego wstydu. Jeżeli zatem spotkam kogoś znajomego w trakcie akcji, to zostaję rozpoznany, a i nienawistne gnoje widzą, gdzie mieszkam i czym przyjeżdżam, więc w swym tchórzostwie zawsze mają pewną przewagę, bo muszę spać, Policja nie postawi budki wartowniczej przy mojej maszynie ani na podwórku mojego blokowiska, a ja, jako pracownik branży edukacyjnej, zbyt biedny jestem by kupić w swym mieście garaż, by nie wspomnieć o mieszkaniu w ogrodzonym osiedlu czy własnym domu. Ale może tak jest lepiej: wiem, że to, co robię wymaga siły i determinacji, czyli tego co potocznie nazywa się jajami u mężczyzny. Jak mi zniszczą samochód – będą mnie mieć w tramwajach. Dlatego też niech nikt mi nie bredzi o jakimś zniewieścieniu lub niedostatku cech męskich u mnie: właśnie mężczyzną jestem, kiedy walczę prezentując zabroniony wizerunek mężczyzny, i dzięki temu, że walczę. Wiele jest jeszcze wyzwań do podjęcia w ramach mojego „sportu ekstremalnego”, zaś stan finalny tej gry to sytuacja, w której ja i każdy inny samczyk w tym kraju będziemy mieli tak szeroki i wolny od obaw o konsekwencje wybór odzieży i tworzenia własnego wizerunku, jakim obecnie dysponują samice.
|
|
