3Powrót (Pracownia Antyfaceta)
Antyfa 2: SUPERANTYFA 1
Akcja, czyli NA RYNKU (i nie tylko)
Gdy tylko obudziłem się około południa, zaraz z rana włączyłem komórkę i ujawniła się wiadomość głosowa od p. Anny Tuz z TVP3. Skontaktowałem się i udzieliłem paru ogólnych wyjaśnień o happeningu, który miał się odbyć późnym popołudniem. Umówiliśmy się także na rozmowę po akcji – odtąd wiadomo było napewno, że telewizja będzie obecna na happeningu! Następnie zacząłem zbierać myśli a potem rzeczy, które koniecznie na akcję trzeba było zabrać. Jak zwykle w takich momentach, nastąpiło przyspieszenie biegu czasu w stosunku do czynów, i już wkrótce musiałem się dziko śpieszyć. Kilka dni wcześniej umówiłem się był z mającą nas filmować Karoliną z Opola, że spotkamy się na określonym parkingu po jej przyjeździe z Opola, po czym we dwa samochody przejedziemy na parking bazowy dla naszej akcji. Karolina miała urwać się z praktyki, i zapowiadała, że przyjedzie dość późno więc uznałem, że ja na spotkanie z Karoliną będę już jechał w pełnym przybraniu do widowiska i z wszystkimi akcesoriami potrzebnymi do przeprowadzenia go. Dopiero zaczynałem mozolne wprowadzanie się do wnętrza sukni pseudo-ślubnej (oj druhna by mi się przydała...), a tu komórka dzwoni: otóż Karolina, wiedząc, że pierwotnie chciałem ją sprowadzić z parkingu do miasta jeszcze zanim wyjadę z domu jako Panien Młody, nie tylko urwała się ze swej praktyki wcześniej, lecz wbrew swoim zwyczajom przycisnęła na autostradzie gazu. W rezultacie Karolina już stała bezczynnie w 30-stopniowym upale na parkingu spotkaniowym, podczas gdy ja jeszcze byłem w lesie z moimi przygotowaniami do wyjścia.
Przygotowania posuwały się naprzód. Byłem już bliski wyjścia: suknia już była na mnie, buty ubrane, wkładałem ostatnie niezbędne rzeczy do ciasnej torebki panny młodej (lub komunijnej dziewczynki), a tu komórka znów dzwoni – tym razem z dna tejże torebki. Była to Mirka – z wiadomością, że z bryczką to nie wyjdzie, bo bryczkarz nie odpowiada na telefon. W związku z tym zmiana planu: miast czekać na dorożkę na parkingu-bazie w śródmieściu, mieliśmy być gotowi 15 minut wcześniej i przejść na Rynek pieszo. Zacząłem bać się telefonów – telewizja już niemal w drodze na imprezę, a tu okazuje się, że różne jej segmenty padają. Ciekawe, co jeszcze padnie, gdy znów zadzwoni? Wyszedłem z mieszkania i na parterze zorientowałem się, że zapomniałem ubrać rękawiczki. Wróciłem i ponownie będąc już na parterze zauważyłem, że zapomniałem jeszcze czegoś: usztywnianej halki panny młodej, której nie chciałem na sobie mieć podczas jazdy samochodem, bo mogłaby przeszkadzać mi w jego obsłudze. Gdybym był przesądny, siadłbym chyba na schodach bezradnie nie będąc w stanie zdziałać nic – znam ludzi, którzy w razie zapomnienia czegoś za żadne skarby nie zawrócą z drogi. No bo jakże miałbym wysłać kogokolwiek do mojego studia mieszkalnego po halkę albo rękawiczki, samemu będąc tak ubranym, że wielu w ogóle nie potrafiłoby pokazać się za progiem, a co dopiero prosić przypadkowych sąsiadów o pomoc? Na szczęście ja nie dbam zanadto o szczęście od potęg metafizycznych nad ludzkim losem kontrolę sprawujących i po prostu zawróciłem tyle razy, ile było trzeba. Za chwilę przechodziłem zatem przez strefę zimnej wojny w białej sukni, w białych butach na szpilce, z otwartymi rękawiczkami do łokcia i welonem założonym tak, jak mi się wydawało że należy (choć chyba nie miałem racji). Ponadto obwieszony byłem sprzętem i gadżetami na akcję: planszą z napisami, reklamówką z halką i innymi rzeczami na sytuacje awaryjne oraz megafonem z empetrójką przyklejoną do jego obudowy. Mijałem jakieś dwie młode mamy z dziećmi – na mój widok wydały odłgłos podobny do „Oooo”. Nawet ciekaw byłbym, co zwykli podwórkowi nienawistnicy by wykrzyknęli widząc mnie w tym rynsztunku obwieszonego osprzętem jak choinka, ale wtedy ich nie było. Gdy siedziałem już w samochodzie, znów odezwał się telefon – tym razem dzwonił Riviel_of_Asinoy. Zmroziło mnie mimo upału panującego we wnętrzu auta – gdyby i on nie był w stanie przybyć, bylibyśmy ugotowani. W widowisku brakłoby Mistrza Ceremonii – osoby przećwiczonej w swej choreografii i obsłudze sprzętu, a ponadto mającej wystąpić w specyficznym stroju i o wyglądzie dobrze dopasowanym do swej roli. Ewentualne zastępstwo można by pozyskać ze strony jednego z naszych nacjonalistycznych krzykaczy, jednak od samego początku nie mieliśmy ich zbyt wielu. Na szczęście Riviel_of_Asinoy dzwonił jedynie, że już jest we Wrocławiu na dworcu i chciałby jakoś dojechać na miejsce akcji. Z ulgą mu obiecałem, że zaraz po niego podjadę, po czym, dzwoniąc do Karoliny czekającej na mnie na parkingu, pojechałem na dworzec. Upał w tym dniu był taki, że nawet w otwartym od góry stroju panny młodej nie wytrzymałbym bez klimatyzacji w samochodzie – Riviel_of_Asinoy natomiast przybył w standardowym ubraniu męskim, wcześniej odbywszy podróż pociągiem! To istny heroizm, tyle że zupełnie niepotrzebnie wymuszany na mężczyznach przez zakaz noszenia topów i bluzek na ramiączkach z otwartymi plecami i głębokimi dekoltami z przodu!
A więc jechaliśmy ku parkingowi na spotkanie Karoliny, odstaliśmy swoje w korkach, spotkaliśmy Karolinę i wspólnie pojechaliśmy na parking-bazę. Tu mieli do nas dołączyć kolejni uczestnicy widowiska: Ania (Żeńska Panna Młoda), Voca (Żeński Pan Młody) i Freja (Męski Pan Młody). Zadzwoniliśmy na ich komórki i okazało się, że są na miejscu i w toalecie budynku użyteczności publicznej przy parkingu bazowym ubierają się do swoich ról. Trwało to może pół godziny, lecz w końcu do nas dołączyli i wyglądali wspaniale: Ania jak prawdziwa panna młoda w weselnej sukni (w której ongiś ja się nie zmieściłem), z bukiecikiem kwiatów i ozdobami, zaś Voca i Freja we frakach i z cylindrami na głowach jak na sentymentalnych rycinach bodajże z epoki wiktoriańskiej (kostiumy teatralne skombinowane przez Zuzzu). Dziewczyny zainstalowały mój welon poprawnie i odtąd byliśmy gotowi. Nadszedł stosowny moment i wyruszyliśmy ulicą Szewską ku Rynkowi. Aby nasz wygląd podczas przejścia sugerował coś więcej niż prostą osobliwość, puściliśmy sobie przez megafon miks pseudo-odmiennych wersji Marsza Weselnego, od początku mając na przedzie Mistrza Ceremonii. Karolinka natomiast kręciła się wokół nas filmując nasz przemarsz. Minęliśmy pierwsze samochody policyjne stojące w bocznych uliczkach w pogotowiu, by rozładować ewentualną krytyczną sytuację podczas naszej akcji. Weszliśmy na Rynek, i dostrzegłem naszą ekipę: Mirkę i kilka na czarno ubranych postaci z szarfami jednolicie przełożonymi przez ramiona – to byli nasi nacjonalistyczni krzykacze. Show stawał się faktem!
A potem było już tak:
|
|
|
|
|
|
(umieszczonej w tym serwisie przez Freję) |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Aż się prosi dodać: A nazwiska tych, którzy z powyższymi hasłami nie zgadzają się albo ich postawa moralno-polityczna budzi wątpliwości należy niezzwłocznie zgłosić wiecie, gdzie... |
|
|
Pierwsza prezentacja za nami, chwila luzu, pierwsze wywiady z członkami ekipy, lecz the show must go on – za chwilę odegramy cały cykl po raz drugi. |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
Z wyjątkiem kilku klatek pobranych z materiału video nakręconego przez Mirkę Makuchowską, korzystałem z kolekcji zdjęć autorstwa M. W. Serdecznie dziękuję!
W dalszym ciągu polecam również relację z happeningu autorstwa Voci umieszczoną pod adresem:
http://www.transfuzja.wroclaw.pl/index.php?lang=pl&klucz=1181144539-18&produkt=1181688369-700