|
|
WSTĘPNIAK
Niniejszy dział zawiera impresje i refleksje wzbudzone przez bieżące wydarzenia.
KWIECIEŃ 2011
Wielkanocna powtórka treści niedorzecznych
Na swój sposób powinienem być już uodporniony na zalew treści wielkanocnych w mediach. Stałe rozważania wzbudzone cyklicznym podnoszeniem w mediach i całym kulturowym bąblu treści absurdalnych niepotrzebnie radykalizuje mnie i nakręca – bez tego żyłbym sobie spokojniej, z dala od filozoficznych zapętleń. Ale nie da się – chyba po to chrześcijanie wymyślili cykl liturgiczny, żeby nękać umysły wszystkich wokół powtarzaniem swych absurdów. W przypadku wierzących służy to utwierdzeniu ich w niedowodliwych przekonaniach poprzez częste powtarzanie. Inni obrywają przypadkiem i, gdy jakoś reagują, są postrzegani jako antyreligijni obsesjonaci.
Tym razem uwagę mą przyciągnęła Anna Dymna w TVN lub TVN-24, która prócz bycia aktorką jest od szeregu lat działaczką na rzecz różnych ludzi niepełnosprawnych i cierpiących. Jak przystało na wymowę wielkanocną, rozmowa skończyła się pochwałą cierpienia, które „ma ukryty sens, którego nie rozumiemy”, ale cierpiący nam pokazują drogę. Kto nie wierzy w Boga, który serwuje nam te niezrozumiałe dla nas wyroki, ten... ma szansę uwierzyć. I wtedy będzie w porzo. Poza tym były słowa pochwały, ile siły i radości można znaleźć i posiąść obcując z cierpiącymi. Dajcie spokój! Rozumiem, że szlachetną rzeczą jest pomagać cierpiącym, ale żeby zaraz tak mentalnie godzić się z obecnością cierpienia w życiu, to już obłęd! Jeśli cierpienie jest OK, to po cóż pomagać cierpiącym przez leczenie ich i uśmierzanie bólu? Powinno się raczej jedynie stroić ich kwieciem i przytulać się, bo znosząc cierpienie wykonują oni wspaniałą robotę samą w sobie – poniekąd wychwalana jako anioł miłosierdzia Matka Teresa sprzeciwiała się stosowaniu środków znieczulających wobec pacjentów jej umieralni: konsekwentna była do bólu! Ale myślmy dalej: skoro cierpienie jest wartościowe, bo generuje u otoczenia odruchy pomocy, to po jaką cholerę zdarzają się cierpienia, o których śpieszący z pomocą nawet się nie dowiedzą przed ponurą śmiercią cierpiących albo na które brak remedium? Świadczy to o inżynierskich błędach Stwórcy rzeczywistości, którego istnienie osobom z kręgu Anny Dymnej wydaje się oczywiste. Ale jest jeszcze jeden problem z cierpieniem – skoro jest pozytywnym składnikiem życia i bez niego nie czulibyśmy jego właściwego smaku, to zadawanie cierpienia też nie powinno być uznane za naganne, nieprawdaż? Poniekąd religia katolicka w swym społecznym działaniu generuje wiele okazji sado-masochistycznych, poczynając od tradycyjnej akceptacji bicia dzieci, a kończąc na zajadłym nakazie rodzenia wszelkich, najbardziej nawet genetycznie poszkodowanych płodów. Pozostaje zastanowić się, skąd ta cała fascynacja cierpieniem – czyżby było cierpienie walutą albo nośnikiem uczuć w relacjach stworzonych ze Stwórcą? A nie można było wymyślić jakichś innych umownych ecie-peci*? Jak gdyby w ogóle nie można było stworzyć od razu bytu szczęśliwego od A do Z, choć w opowieściach o pośmiertnym raju czymś takim nas się właśnie mami...
Powiedzmy, że piękni są ludzie cierpiący napotkani przez Annę Dymną, i, choć przez łzy, rozsiewają radość wokół siebie. Może trafiło w wybrańców, którzy jakimś dziwnym trafem lubią to i w ten sposób w życiu realizują się. Ja jednak jestem hedonistą i po prostu w moim życiu NIE ŻYCZĘ sobie takich atrakcji, aczkolwiek obawiam się, że chyba też jestem śmiertelny i wykańczanie mnie może nie być dla mnie przyjemne. Jednym słowem, spotka mnie coś, co pogwałci moją wolę samostanowienia i poniży mnie, choć nigdy nikomu nie dawałem upoważnienia, by mnie stworzono na takich warunkach. Ergo, doznam krzywdy, i nie jestem tak wspaniałomyślny jak Anna Dymna i jej podopieczni, by zakładać, że istnieje wyższy sens osobistego upodlenia przez cielesną degradację. Ale o widzeniu tych spraw z tej perspektywy w tej okolicznościowej, wielkanocnej rozmowie, nie było mowy. Jeśli zakładamy, że Absolutem są prawa przyrody, bezosobowe i mechaniczne siły, które raz powołują nas do istnienia, innym razem nas niszczą – to w porzo. Trudno polemizować z właściwościami przestrzeni i ewolucją, w ramach której okazaliśmy się wygranym-przegranym gatunkiem, czyli wyzwoliliśmy się spod kontrolnej funkcji drapieżników, przez co dożywamy starości, potrafimy leczyć wiele chorób, a te, które nam się wymykają, są przyczyną wyuzdanych, przewlekłych cierpień i tragedii. Zamiast umierać podczas nieudanej ucieczki przed drapieżnikiem, z mózgiem zalanym znieczulającą adreanaliną, wielu z nas skończy w łóżku, ze zmaltretowanym i nieapetycznym nawet dla samego siebie ciałem generującym na dodatek ból, wysiłek przy każdym oddechu i inne takie. Więc jeśli jakiś Logos, Rozum, osobowy tak nas urządził – to tym gorzej dla nas, i nie dajmy się zwieść wielkanocnym bajaniom o zmartwychstaniu. Żadna to dobra nowina, gdy Bóg mówi, że po sponiewieraniu nas przez umieranie, pozbiera nas do kupy i... postawi przed sądem, by potem laureatów umieścić w bezkresnej szczęśliwości. Gdyby efektem misji Jezusa było uchylenie śmierci, zmiana reguł działania rzeczywistości, wyeliminowanie możliwości i konieczności zadawania krzywdy komukolwiek, to istotnie byłoby już COŚ, w końcu od Boga można i należy spodziewać się czegoś wielkiego, włącznie z uznaniem własnych win i niedociągnięć, a nie niesprawdzalnych obietnic. Niestety, takiej postawy nie uświadczysz w żadnym znanym religijnym objawieniu – paradują tam napompowani pychą i zadowoleni z siebie Bogowie, którzy z podłych warunków naszego życia i naszych marnych cech czynią generator poczucia winy mający nas motywować do wysiłku, z którego jeszcze chcą nas rozliczać. Trudno o większą bezczelność!
W wywiadzie Anny Dymnej jeszcze coś zabrzmiało mi fałszywie. Oto cierpiący mieliby być drogowskazem ku wartościom, ku spowolnieniu tempa życia zorientowanego na wyścig szczurów do pieniędzy. Mieliby sprawić, że dostrzeżemy też potrzebę kontaktu z przyjaciółmi i własnymi dziećmi, co wartościowsze jest niż zarobienie kolejnego tysiąca PLN-ów. Teoretycznie tylko przyklasnąć tym twierdzeniom, tylko że sprawy pieniężne nie są wcale tak nieistotne. Może pani Anna nigdy nie była na kredycie hipotecznym rozciągającym się na dziesięciolecia, i który wisi nad człowiekiem jak miecz Damoklesa? A poza tym, kto jest władny stwierdzić, że jak się zarabia sporo pieniędzy, to się ich nie wydaje także na kontakty z przyjaciółmi i jakość wychowania dzieci? Albo że jeśli się ma pracę wydajną pod względem finansowym, to nie trzeba tyrać za grosze od świtu do zmroku cały tydzień, i jakość kontaktu z dzieckiem też może być znacznie wyższa niż u biedaka tyrającego non-stop, by ledwie związać koniec z końcem? Jak dla mnie za dużo tu było uproszczeń.
-------
*Pojęcie żartobliwe o znaczeniu podobnym do pieniądza z kukiełkowej bajki, jaką widziałem w dzieciństwie w TV.
Wielkanocne wizje nieśmiertelności
Religie zbawiające wabią (poza masowym wciąganiem w praktyki religijne od niemowlęctwa) i utrzymują przy sobie wyznawców wizją obiecanego pośmietnego raju, który ma być nieśmiertelnym, wiecznym życiem, pełnym szczęścia i wolnym od trosk, czyli podobnym do obecnego, jedynie nam znanego istnienia, a jednocześnie niepodobnym – na wybranych obszarach zdefiniowanym doń przeciwnie. Brzmi to niby ładnie, ale niedorzecznie – przypomina umieszczenie tramwaju na orbicie okołoziemskiej, gdzie nie ma szyn ani trakcji i przystanków, czyli wszystkiego, co składa się na sens istnienia tramwaju. Przypomnę, że jesteśmy zwierzętami, które liznęły trochę rozumu i myślenia abstrakcyjnego, ale zdecydowaną większość naszych działań pochłaniają nam sprawy fizjologiczne związane z podtrzymaniem naszego bytu (oddychanie, jedzenie, picie, wydalanie odchodów, utrzymanie higieny i przywracanie zdrowia) i spełnieniem biologicznego programu replikacji (uzyskiwanie zaspokojeń erotycznych, u heteroseksualnej większości z efektem reprodukcyjnym, u pozostałych – bez). Rozumem czystym nie jesteśmy nigdy, a gdyby nasze umysły zostały wydobyte z mózgów opakowanych w fizjologiczne uwarunkowania, motywacja do podejmowania umysłowego wysiłku nie byłaby wcale oczywista, prawdopodobnie zanikłaby. Co więcej (i co gorzej) – myślicielami wytyczającymi nowe ścieżki, odkrywcami i artystami jest spośród nas zdecydowana mniejszość, właściwie elita osobników naszego gatunku. Zdecydowana większość zajmuje się tylko bezrefleksyjnym podtrzymywaniem własnego trwania i replikacją przeciętnej jakości genów. I spróbujmy sobie wyobrazić rekonstrukcję miliardów takich podmiotów z przeznaczeniem do wiecznego istnienia w totalnej szczęśliwości, czyli bez wypadków, chorób, konfliktów, krzywd i na dodatek w niecielesnej postaci. Otóż nawet samo zdefiniowanie indywidualnej tożsamości takich bytów byłoby trudne, bo ich zawartość umysłowa byłaby tuzinkowa (skoro podczas ziemskiej egzystencji nic szczególnego nie wymyśliły), a na dodatek ułatwiająca identyfikację powłoka cielesna by odpadła – chyba trzeba by wprowadzić numery! Ładnie zostaliby urządzeni ludzie, którzy w swym ziemskim życiu nie potrafią zapewnić sobie ciekawego sposobu spędzania czasu i popadają w działania idiotyczne, toksyczne lub nałogi, albo zapychają poczucie pustki marną rozrywką lub uczestnictwem w religijnych rytuałach, gdyby postawiono ich przed perspektywą WIECZNEJ egzystencji w jakiejś wydestylowanej rzeczywistości bez używek, fizjologii i popędów... Takie zbawienie dla wielu byłoby katorgą, a należy się spodziewać, że właśnie ludkowie o prostych umysłach mieliby tam trafiać łatwiej od wątpiących i asertywnych intelektualistów...
Pomyślmy o trochę trzeźwiejszej wersji nieśmiertelności – wymyślonej ongiś przez (św.*) Stanisława Lema. Koncept był mniej więcej taki, że ludzki mózg przeznaczony do „pójścia w nieśmiertelność” byłby za swojego życia podłączany do nieorganicznego, elektronicznego nośnika tak jak obecnie podłącza się chipy mające sterować protezami, i czułby dodanie nowej tkanki, która stopniowo przyjmowałaby zapisy z doświadczeń rejestrowanych przez mózg. Proces byłby długotrwały, nośnik podłączony do tkanki mózgowej o wielkiej pojemności i imitującej sieć neuronalną masie połączeń, i stopniowo trzeba by też niszczyć fragmenty mózgu organicznego, aby czuł on potrzebę zagospodarowania nowej tkanki i przenoszenia zapisów pamięciowych oraz umiejętności na nowy nośnik. Ostatecznym efektem byłoby zgaszenie części organicznej (wraz z towarzyszącym jej ciałem) i uzyskanie funkcjonującej jaźni w nowym nośniku. Już na wstępie pojawia się problem, jak sprawić, by mózg „po przeprowadzce” chciał w ogóle o czymś myśleć i czymkolwiek się zajmować. Krótko mówiąc, trzeba zasymulować istnienie fizjologicznych potrzeb, pomimo ich nieistnienia (bo przecież wystarczy zasilanie elektryczne). Czyli mózg powinien czuć brak energii, otrzymywanie jej powinno wiązać się z wartościami smakowymi (i to ze zróżnicowanym menu!), może powinien być zagwarantowany jakiś odpowiednik urynacji i defekacji po pojawieniu się takiej potrzeby i, last but not least, stymulacja erotyczna! Bezsprzecznie nowy nośnik życia psychicznego powinien mieć ośrodek przyjemności i bólu (lub nieprzyjemności), czyli wysyłanie na środowisko przetwarzania danych narastających sygnałów dezorganizujących, które wygaszałyby się po „spełnieniu potrzeby”. Ciekawą kwestią byłoby, czy taki mózg wciąż potrzebowałby snu i jak go realizować. Sądzę, że wyłączenie z prądu nie byłoby niczym szczególnym, być może mózg miałby możliwość samowyłączenia się i włączania się po samodzielnie zaprogramowanym czasie lub wskutek „obudzenia” – sygnału z zewnątrz. W ten sposób można by trwać dowolnie długo, bez ryzyka nudzenia się, czyli funkcjonowania świadomości, gdy nic ciekawego się nie dzieje. I tu widzę szansę pogodzenia potrzeb ludzi umysłowo prostych i wyrafinowanych: ci drudzy mogliby preferować długotrwałą aktywność, pracować nad interesującymi problemami non-stop i z czasem nawet doczekać się przeniesienia na nośnik o lepszych właściwościach. Z kolei ci pierwsi i najbardziej rozpowszechnieni zadowoliliby się odpalaniem ich świadomości z zewnątrz okazjonalnie tylko – gdy potomkowie mają jakieś ciekawe zdarzenia rodzinne do zakomunikowania krewnemu w puszce, albo jest święto zmarłych i wypada pogadać. W gruncie rzeczy mogłyby być terminale takich utrwalonych przodków na cmentarzach lub w parkach pamięci. Aha, ci umysłowo aktywni mogliby potrzebować stałego kontaktu z rzeczywistością oraz możliwości działania w niej. Tu potrzebny byłby substytut ciała, czyli urządzenia zastępujące zmysły (co najmniej wzrok i słuch, a w wersjach luksusowych także węch i dotyk) wraz z jakimś efektorem: musiałby to być zdalnie sterowany robot, z tym że chyba niepotrzebne byłoby imitowanie chodzącego ludzkiego ciała – myślę, że zupełnie wystarczyłby samobieżny osadzony na kółkach kociołek pełen elektroniki z ramionami, kamerami i mikrofonami, komorą do chemicznego analizowania/smakowania próbek itp. Co więcej, giganci umysłu mogliby uzyskiwać certyfikat uprawniający do równoczesnego sterowania dwoma lub kilkoma efektorami.
Przeniesienie na nośnik nieorganiczny miałoby jeszcze jedną niezaprzeczalną zaletę: miłą i łatwą śmierć. Wystarczyłoby wyłączyć się bez zaprogramowania terminu ponownego uruchomienia i z komunikatem dla otoczenia, że to już koniec i można skasować zawartość, a nośnik wysłać do recyclingu. Czyli żyć, nie umierać, nieprawdaż?
I tego sobie życzmy,
amen.
-------
*Przypominam, że ja nazywam świętymi tych, którzy swym bliźnim uruchomili nowe i wartościowe ścieżki myślowe.
25.04.2011
1 maja 2011
Znów religijny zawrót głowy
Zwykle dzień 1 maja okraszany był demonstracjami lewicowców i kontrdemonstracjami prawicowców. Od dziś chyba będzie inaczej: będziemy mieli kolejny dzień religijnego karnawału, i to ledwie miesiąc poprzedzony rocznicą śmierci Jana Pawła II. Teraz także 1 mają będzie dedykowany tej postaci – były papież został właśnie beatyfikowany.
Przespałem tę uroczystość, i to raczej nie przez przypadek – nie miałem zamiaru oglądać watykańskiej ceremonii. Dzień ten w mediach jest niemal totalnie dedykowany uhonorowanemu właśnie papieżowi – cokolwiek człowiek włączy, sączą się tam ochy i achy o Karolu Wojtyle. Telewizje przypominają filmy biograficzne, z których jeden o znamiennym tytule Karol. Papież, który pozostał człowiekiem zdaje się sugerować, że wraz z zostaniem papieżem coś z człowieczeństwem się psuje. Nie odważyłbym się występować z taką tezą... Ale wróćmy do nowego religijnego zawrotu głowy. Nie wątpię, że w ramach katolickiego świata przedstawień i watykańskiej ścieżki awansu zawodowego zostanie beatyfikowanym to prawie najwyższe osiągnięcie i że ludzie emocjonalnie związani z tym systemem wierzeń i osobą Jana Pawła II mają prawo przeżywać to wydarzenie jako wielki tryumf i radość. Nie chciałbym jednak, żeby fakt ogłoszenia zmarłego papieża stał się dla Polaków kolejnym źródłem dumy narodowej, która i tak już rozdęta jest do megalomanii i niebezpiecznego poczucia misji wobec Europy i reszty świata. A na to właśnie się zanosi.
Zacznijmy od utrzymywania się w Polsce atmosfery bezkrytycyzmu wobec polityki Jana Pawła II i jego nauczania. Zdarzają się tylko dyskretne cytaty z zagranicznej prasy i wypowiedzi takich osób jak Kazimiera Szczuka, która i tak ma przekopane jako feministka, w naszym kraju: zwariowana feministka. Tymczasem, przy wszystkich zasługach zmarłego papieża dla Polski wyrywającej się z kajdan komunizmu i podległości wobec Związku Radzieckiego i przy całej jego charyzmie medialnej, pozostaje sporo zastrzeżeń, i nawet jego następca, Benedykt XVI udając stałość kursu kościelnej polityki dyskretnie „odkręca” niektóre rozstrzygnięcia Karola Wojtyły – chociażby „odkrycie”, że użycie prezerwatyw może być uzasadnione i dopuszczalne w profilaktyce zakażeń wirusem HIV. Kategoryczny zakaz głoszony przez JP II przekłada się na tragedie ludzkie kończące się przedwczesną śmiercią posłusznych Kościołowi owieczek – czyż to nie zbrodnia, tym bardziej, gdy się głosi „świętość życia”?
Według terminologii upowszechnionej przez nowo beatyfikowanego, ja należę do CYWILIZACJI ŚMIERCI – dzięki temu epitetowi rozmodlone tłumy nie muszą wnikać w argumenty, jakie posiadam na rzecz DOPUSZCZALNOŚCI aborcji i eutanazji, podobnie jak dialogu w tych sprawach nie prowadził z oponentami Jan Paweł II, o którym mówi się, że był najwspanialszym wzorem kochającego bliźnich bez względu na różnice. Gdyby mnie kochał, to uznawałby MOJE prawo do decydowania o MOIM życiu i sposobie rozstania się z nim, gdy zostanę zdegradowany nieuleczalną chorobą i przyjąłby do wiadomości, że mam inne wartości, i podtrzymywanie fizjologicznych procesów aż do ich samoistnego zaniku kłóci się z moją oceną wartości życia, zależną od jego JAKOŚCI oraz że ja NIE podlegam feudalnej zależności od JEGO Boga. Jako przywódca Kościoła będącego potęgą ciążącą nad polską polityką, będzie on odpowiedzialny za MOJE niezawinione cierpienie przy umieraniu w stylu, jakiego sobie nie życzę, chyba że nie dożyję takiej sytuacji albo zdołam sobie zorganizować wycieczkę do szwajcarskiej Dignitas. Jest zatem inspiratorem tyranii wobec mnie, chociaż nie jest władcą przeze mnie wybranym do reprezentowania mnie w parlamencie. Co gorsze, podczas gdy zmarły papież potrafił taktownie przemawiać do społeczeństw, w których Kościół jest słaby, w odniesieniu do Polaków pozwalał sobie na pokrzykiwanie i potupywanie nogą. W rezultacie nasi politycy rzucili się śpiesznie deklarować, że stanowić trzeba prawo, które „patrzącemu z nieba” papieżowi podobać się będzie. Interes obywateli, wyborców, społecznych grup podlegających dyskryminacji ze strony katolickiej większości lub inaczej myślących się nie liczy – mamy być rodzajem skansenu ilustrującego trzeźwo myślącej Europie społeczne zamysły papieża. Czyż to nie przekleństwo?
Chwali się Jana Pawła II za działanie na rzecz praw człowieka. Ciekaw byłbym, czy Jan Paweł II zechciałby interweniować, gdybym za życie według mojej wewnętrznej prawdy, pozapłciowej tożsamości, spotkał się z represjami w rodzaju pozbawienia pracy? Widzę bowiem, że ten wspaniały papież nie dostrzega potrzeby rozwiązania praktycznych problemów homoseksualistów, którzy żyją razem, tworzą związki, wspólnie gromadzą majątek i nawet wychowują dzieci, a ten Kościół deklarujący miłość bliźniego głosi demagogiczne kłamstwo, że rejestracja związków osób tej samej płci i nadanie im praw analogicznych do małżeństw stanowiłyby „zagrożenie” dla rodziny. Nie wiadomo na jakiej zasadzie, ale przecież nie trzeba niczego uzasadniać przedstawicielom „cywilizacji śmierci”, nieprawdaż? Papież wzywał tłumy do „życia w prawdzie”, do „nie lękania się”, ale czy doceniłby MOJE pokonanie lęku i MOJĄ wersję życia w prawdzie, dzięki której nie muszę udawać innego niż jestem, ale też całą swoją postacią zadaję kłam kościelnej antropologii, według której istnieją i istnieć mogą tylko „kobiety” i „mężczyźni”? Sądząc po oporności w przyjmowaniu współczesnej prawdy o człowieku, jaką okazuje ten Kościół, obawiam się, że jego funkcjonariusze zacieraliby ręce, gdyby działa mi się krzywda. Nie potrafią oni przecież przyjąć do wiadomości, że homoseksualność nie jest chorobą, zatem homoseksualiści muszą cieszyć się tą samą pełnią praw co heteroseksualiści. Albo że osoby po skorygowaniu płci powinny być traktowane jako przynależne do nowo osiągniętej płci a nie tej wynikającej z organów, z którymi w swym wcześniejszym życiu skonfliktowani byli. Uporczywe nieprzyjmowanie do wiadomości współczesnego stanu wiedzy oznacza BRAK miłości bliźniego w praktyce Kościoła, a za jego najnowsze ustalenia doktrynalne odpowiada ten najwspanialszy „nasz” papież.
To w ogóle oszustwo medialne z tymi prawami człowieka jako priorytetem Jana Pawła II – on uznawał przede wszystkim prawo, a właściwie przymus urodzenia się, co prawdziwiej brzmi w stronie biernej: bycia urodzonym, i to bez względu na późniejszy interes osoby będącej przedmiotem porodowej akcji. Przez totalny zakaz aborcji a nawet antykoncepcji ma ten papież na sumieniu tysiące albo i miliony urodzonych z ciężkimi defektami genetycznymi, które życie czynią koszmarem, a także dzieci, które nie otrzymały godziwej opieki i wychowania, przez co same stały się zbrodniarzami i później ponoszą konsekwencje tego. Odpowiedzialni ludzie, gdyby nie działali w ślepym posłuszeństwie wobec Kościoła, nieraz byliby w stanie uniknąć popełnienia złego urodzenia, bo potrafią przewidywać. Papież natomiast wolał popychać masy do niepotrzebnego heroizmu, jak gdyby dbał, by nie zabrakło na Ziemi dramatyzmu dziejów, najwidoczniej potrzebnego Widzowi-Z-Nad-Obłoków. Skądinąd za pontyfikatu JP II znane są spektakularne wyjątki od nieprzejednanego zakazu aborcji – gdy niechciane ciąże były udziałem zgwałconych zakonnic...
W hagiograficznych produkcjach widzimy, jak Jan Paweł II podziwia piękno natury podczas malowniczych przechadzek w górach i przejażdżek na nartach. Nie ma natomiast w kościelnym nauczaniu wzmianki o potrzebie etycznego traktowania zwierząt – konkretnych osobników, nie parków narodowych, które z układami nerwowymi niewiele różniącymi się od naszych masowo znoszą okrucieństwo z łap ludzkich tak jak ludzkie dzieci mordowane na wojnie albo torturowani więźniowie. Wielki udział w wyrządzaniu krzywd zwierzętom mają polscy chłopi, górale i „hodowcy” gęsi tuczonych rurą albo kur w klatkach na tanie jajka, jednak w żadnym papieskim kazaniu o tym nie było napomnienia, choć mentalność tych grup społecznych właśnie nacechowana jest posłuszeństwem wobec kleru. Kościół jednak zafiksowany jest na człowieku jako jedynym podmiocie żyjącym na tej planecie i rozczarowuje marnością swego etycznego nauczania. To się w terminologii rachunku sumienia nazywa zaniedbaniem dobrego. Poza tym, wymuszając na swych wiernych nieokiełznaną płodność, Kościół przykłada się do zniszczenia środowiska: zmniejszania obszarów upraw, w konsekwencji ograniczania obszarów dzikiej przyrody, a w końcu – wymuszania coraz brutalniejszych metod hodowli: „produkcji żywności”.
A co z innymi sprawami: molestowaniem seksualnym, masowym krzywdzeniem dzieci w sierocińcach katolickich, ignorowaniem podwójnego życia założyciela zakonu Legionistów Chrystusa, Marciala Maciela, autorytarnym dławieniem dyskusji teologicznych w łonie Kościoła na temat wyświęcania kobiet na księży, uchylenia celibatu, etyki seksualnej? Czy to pasuje do wizerunku kogoś, kto już jest błogosławiony, a niebawem może być ogłoszonym świętym?
Poza tym cała sprawa ma aspekt niewątpliwie humorystyczny. Lud się domagał „Santo subito”, modlił się, i wymodlił tę beatyfikację. Tyle że do kogo i od kogo to otrzymał? W końcu to Watykan i jego urzędnicy przeprowadzają cały proces i to od ich zaangażowania lub opieszałości zależy, kiedy kandydat zostanie świętym itp. Kwestia, czy Bóg ma te same poglądy co kadra watykańska pozostaje otwartą – nie sądzę, by ktokolwiek miał numer telefonu do Szefa. A może Bóg słucha rozstrzygnięć z Watykanu????
Niebawem wystawię też tekst, w którym objawię się jako Zdrajca Narodu Polskiego – pochwalę raport MAK-u.
:)))))
1.05.2011
25 czerwca 2011
Premier Tusk i znaczenie ubrań
Stosunkowo niedawno pojawił się w mediach motyw szalenie dowcipnego komentarza premiera Tuska o ubraniu jednej z dziennikarek, który zacytuję za Polityką [nr 24, str. 6] (którą z niejakim opóźnieniem mam w rękach): „Patrzę na letni strój pani redaktor i dlatego nie kojarzy mi się z tym dopięciem wszystkiego na ostatni guzik”. Owa pani redaktor miała na sobie „krótką sukienkę w paski na ramiączkach ściągniętych z przodu broszką” [ibidem]. Wygląda na to, że pan premier oczekiwałby, aby pani ta miałą zakryte ramiona, co uchodzi za przejaw formalnego charakteru ubrania osoby żeńskiej, potocznie zwanej „kobietą”. Gdyby ta pani była panem, zobowiązana byłaby w tych miejscach i sytuacjach nosić garnitur, czyli umundurowanie składające się z zamkniętych butów, długich spodni, szmacianych skarpet o długości sięgającej znacznej części łydki, by po uniesieniu się spodni po zajęciu pozycji siedzącej żaden fragment gołego ciała nie był widoczny, a ponadto, z koszuli z kołnierzem zapiętej na najwyższy guzik i dowiązanej ciasno krawatem, plus garniturowa marynarka, oczywiście z długimi rękawami. Wygląda na to, że panuje przekonanie, iż „odpowiedni do sytuacji” jest właśnie taki pakiet ubiorów, koniecznie zaprawiony seksistowskim przekonaniem, że „panie” i tak mogą odkrywać nogi spod spódnic o statecznej długości oraz ręce spod nawet króciutkich rękawków, pod warunkiem, że ramiona nie są gołe. Różnica w liberalizmie dotyczącym nawet formalnie ubranych ciał żeńskich w porównaniu z restrykcyjnością wobec ciał męskich jest uderzająca: nawet jeśli uznamy, że ciało żeńskie nie może być w sandałach (bo wtedy powinno być bose – bez pończoch), to dla osób żeńskich za buty zamknięte, czyli półbuty, uchodzą modele z zamkniętymi palcami, gdzie już pięta i całe śródstopie mogą być odsłonięte, zaś za zadowalający ubiór nogi uchodzą pończochy lub rajstopy dowolniej cienkości, przezroczystości i przewiewności. Dla ciał męskich, takich jak pana-premierowe, jedynym zadowalającym rodzajem buta jest wiązany półbut zakrywający stopę od palców po piętę, w połączeniu z nieprzezroczystą szmacianą skarpetą, co gwarantuje, że najpóźniej po paru godzinach chodzenia w takim zestawie powstanie tam tropikalna puszka pandory ze sfermentowanym potem i rezerwatem dla grzybicy (ale od czego dezodoranty i antygrzybicze preparaty? Producenci zacierają ręce a i chirurdzy czasem mają coś do z<a>robienia!). I oczywiście długie spodnie. Podobno premier Tusk wymaga takiego „trzymania fasonu” od swoich współpracowników i, jak się okazuje, także od dziennikarzy i dziennikarek. To podobno jest „stosowne do sytuacji”.
Cóż, Pan Premier okazuje się prostym mieszczańskim dogmatykiem, który zupełnie nie przemyślał sobie różnych humanistycznych idei związanych z ubraniami i ich traktowaniem w naszej kulturze. Oto dogmaty, które składają się na jego postawę:
A) Dogmat, że polityka to sprawa wzniosła – patrząc na ogrom czystego idiotyzmu, jarmarcznego populizmu wielu polskich polityków oraz rynsztokowy poziom wielu politycznych debat, stwierdzam, że dziedzina ta bliższa jest raczej umorusanemu kombinezonowi robotnika pracującego pod samochodami albo rolnikowi ręcznie zaangażowanemu w rozrzucanie naturalnego nawozu w polu. Dystyngowany ubiór nie pasuje też do ludzi, którzy zmuszeni są w warunkach demokracji walczyć o głosy wyborców, obiecując różnym społecznym grupom spełnienie ich wzajemnie sprzecznych postulatów, z pełną świadomością, że przynajmniej niektórych się okłamuje. Premier wprawdzie reprezentuje władzę wykonawczą swego kraju, lecz jest też politykiem realizującym oczekiwania swych wyborców i przynoszącym zawód tym, których wciągnął w popieranie siebie, a od początku wiedział, że oleje ich oczekiwania. Przypomnę, że Platforma Obywatelska tak pięknie się odróżniała od PiS-u, popierając przyjęcie europejskiej Karty Praw Podstawowych w całości, bez ograniczeń wynegocjowanych przez najgorszego prezydenta RP, Lecha Kaczyńskiego. I co? Prezydenta Kaczyńskiego nie ma, jest prezydent Komorowski, i... O Karcie Praw Podstawowych cisza, choć teraz można by ją w Sejmie przepchnąć i uzyskać podpis, skądinąd mądrzejszego, prezydenta. Panie Premierze – to stanowisko nobilituje, ale tylko w połączeniu z odpowiednio rzetelnym spełnianiem go, w stylu męża stanu i wizjonera, który wie więcej niż jego przeciętni wyborcy, i nie jest tylko sprawnym graczem zatroskanym o reelekcję... W przeciwnym razie to całe zadęcie ubraniowe po prostu śmieszy. Autorytet się tworzy czynami, nie nadętym ubraniem.
B) Przekonanie, że najwyższą formą ubraniowej „męskiej” elegancji stanowi garnitur z osprzętem opisanym przeze mnie powyżej. Otóż garnitur to jedynie salonowa wersja wojskowego munduru – ma tylko inną fakturę materiału, poza tym składa się z analogicznych segmentów: maksymalnie zakrywających spodni, marynarki i ciasno dopiętej koszuli. A mundur z kolei wyewoluował jako następca rycerskiej zbroi, gdy zamiast mieczy i toporów, przed którymi mechanicznie chroniła skorupa pancerza, żołnierze zaczęli się posługiwać bronią palną, przed którą raczej ochronić się nie dało. Garnitur ma wszakże ważny efekt związany z męską rolą płciową: stanowi środek uniformizacji człowieka – zabija jego indywidualność, której szczątkową postać widać jedynie na odsłoniętej główce i twarzy, bo cała reszta ciała jest nim szczelnie zasłonięta. W ten sposób „mężczyzna”, jeśli chce się czymś odróżnić, musi mieć czyny i dokonania idące za nim w społecznej świadomości, bo stylizacją lub urodą ciała zabrylować nie da rady... Garnitur bowiem czyni zeń postać tuzinkową, wyglądającą, jakby zeszła z tej samej co wszyscy inni linii montażowej. Różnić się można co najwyżej deseniem ciasno dociągniętego krawatu – czysta ironia...
C) Wiara, że istnieją jakoś magicznie lub naturalnie zdefiniowane grupy płciowe, zwane „mężczyznami” i „kobietami”, i równie „naturalnie” i mechanicznie przysługują im inne sposoby ekspresji poprzez ubrania, czyli że „mężczyznom” bez względu na pogodę i temperaturę nie przysługuje w sytuacjach formalnych prawo do żadnego stopnia nagości (nawet głupie szorty!), choć „kobietom” przysługuje jednak prawo do odsłonięcia nóg i rąk (w zakresie powyżej opisanym). Innymi słowy, Pan Premier jest prostym, mieszczańskim seksistą – najwidoczniej nigdy nie zastanawiał się nad kwestią równości obyczajowej osób różnych płci ani nad możliwością istnienia osób nieidentyfikujących się z obyczajową definicją ról płciowych lub z powodów zdrowotnych potrzebujących ubrań lżejszych i bardziej przewiewnych. Polski parlament zasługuje na wprowadzenie do polityki kogoś ostentacyjnie pozadżenderowego, jak we Włoszech Vladimir Luxuria. Najwyższy czas!
D) Chyba mieszczański w swym pochodzeniu przesąd, że ludzkie ciało jest samo w sobie obraźliwe i wymaga zakrywania im bardziej formalna jest sytuacja. Oznaczałoby to, że skoro osoby żeńskie potocznie zwane „kobietami” mogą przez większość swego życia chodzić z licznymi odkrytymi częściami ciała i licznymi ich ozdobami, przy czym nagie, lecz ozdobione ciało jest kulturowo/magicznie „ubrane”, to ich widok powinien być przyczyną obrazy, bulwersacji, zaś osoby tak stylizowane powinny być postrzegane jako niepoważne, niewiarygodne i frywolne. Jakkolwiek patriarchalny klimat naszej kultury istotnie popycha niektórych umysłowo ograniczonych „mężczyzn” do takiego traktowania osób żeńskich, przynajmniej oficjalnie panuje już świadomość obciachowości takich postaw, a w szczególności publicznych reakcji znamionujących je. Skoro więc, przynajmniej oficjalnie, nie wypada już traktować „kobiet” jako bezwolną zdobycz erotyczną „mężczyzn”, a wciąż panuje przyzwolenie lub nawet oczekiwanie, że one dość skąpo są ubrane w większości sytuacji społecznych, czas najwyższy odkryć, że przyzwolenie na analogiczny poziom komfortowej nagości należy się też „mężczyznom”. Również warto w końcu zauważyć, że ładnie spreparowane pod względem kosmetycznym ludzkie ciało nie jest niczym obraźliwym i że nie mamy obowiązku odgrywać w oficjalnych sytuacjach kogoś abstrakcyjnego i niecielesnego, bo „MY” i „CIAŁA” to integralna jedność, więc niezgoda na ekspozycję CIAŁA-KTÓRYM-JESTEŚMY jest formą odrzucenia NAS! I bynajmniej nie oznacza mój wywód postulatu zgody na całkowitą nagość, włącznie z organami reprodukcyjno-erotycznymi – one stanowią tabu dla wszelkich płci i ewentualną dyskusję o ich detabuizacji można prowadzić bez związku z tematem niniejszego rozważania.
Niechaj spróbuję mimo wszystko doszukać się źródła tego antycielesnego nastawienia. Może chodzi o szlachetną troskę robiących wielką politykę „mężczyzn”, by nadmiar ekspozycji zeńskiego ciała w postaci nagich, „nawet najpiękniejszych” (słowa premiera Tuska) ramion, nie powodował dekoncentracji w sytuacjach formalnych i odpływu myśli uczestniczących (przypomnę: męskich) podmiotów ku fantazjom erotycznym? Gdyby o to chodziło, to i tak zgoda na większą ekspozycję ciała osób żeńskich świadczyłaby o chęci postrzegania ich w większym stopniu jako CIAŁA niż ABSTRAKCYJNE OSOBOWOŚCI uczestniczące w życiu społecznym. By mimo wszystko utrzymać prymat cielesności osób żeńskich w męskich oczach nad merytoryczną wartością ich wystąpień podczas obrad ważnych gremiów lub społecznej komunikacji poprzez media. Oczywiście, w przeciwieństwie do „mężczyzn” – zawsze poważnych i skoncentrowanych na pragmatycznych celach oraz doniosłych publicznych sprawach, nie na urodzie własnego ciała i jego wygodzie... Równocześnie, zakładając, że ekspozycja ciał męskich mogłaby by stymulować fantazje erotyczne u osób żeńskich, przymus zakrywania osób męskich gwarantuje też odcięcie żeńskich obserwatorów od widoków mogących dla nich stanowić to pobudzenie erotyczne. Bo to nie ONE lecz ONI są głównymi obserwatorami i komentatorami rzeczywistości, to ONI są podmiotami, dla których ONE są wyeksponowane jako obiekt obserwacji, to ONI wybierają, a ONE najwyżej są dostrzegane i wybierane, tudzież zdobywane, jednak NIGDY na odwrót!
Może za tym jakaś inna ideologia stoi: że oto polityka domeną „mężczyzn” jest, zaś „mężczyźni” to dawni rycerze, czyli wojownicy, więc nawet symbolicznie, na poziomie tekstyliów, nie mogą sobie pozwolić na odsłonięcie żadnego fragmentu ciała, bo muszą pokazywać gotowość przyjmowania ciosów. Gołe fragmenty ciała świadczyłyby natomiast o poczuciu bezpieczeństwa, luzie, czymś „mężczyźnie” nienależnym, bo luz ten zarezerwowany jest dla „kobiet” – one nie są podmiotami lecz zdobyczą, ich (w zasadzie) się nie bije, lecz przejmuje po pokonanym przeciwniku, mogą więc sobie tymi ładnymi ciałkami „świecić”...
Podsumowując, gdy sobie przypominam różne inne wyskoki polityków Platformy Obywatelskiej, np. posła Węgrzyna o patrzeniu na lesbijki i gejów, przy czym pogrążył jeszcze partyjnego kolegę Czumę, dochodzę do wniosku, że główną, jeśli nie jedyną racją bytu Platformy jest odsunięcie PiS-u od władzy i strach przed jej zdobyciem przez to ugrupowanie. Z tym, że co dostajemy w zamian? Zapewne sprawniejsze rządy, lecz w gruncie rzeczy niewiele lepszą mentalność w sprawach społecznych i obyczajowych. Platforma tylko nie praktykuje jawnego obciachu i języka nienawiści, jednak nie przewodzi społeczeństwu, nie przynosi mu wizji przekraczającej (anty)umysłowe przyzwyczajenia przeciętnej mieszczańskiej większości. To nie jest jednak szczyt marzeń ani spełnienie oczekiwań uczącego się społeczeństwa. Nie jest to też moja reprezentacja – jeśli już nie ma miejsca w polskiej polityce na polityków z fantazją i dżenderowym rozmyciem, to niech przynajmniej są w przetartych swetrach lub jeansowych kurtkach jak Jacek Kuroń. I niech zdobywają szacun przez swe dokonania, nie nadmuchany i skrojony pod przeciętne oczekiwania wizerunek.
25.06.2011
10 lipca 2011
Polityczny błąd we freudowskim duchu?
Jak zwykle z niejakim opóźnieniem przychodzi mi ustosunkować się do pewnego znamiennego epizodu w działaniach premiera Tuska. Działo się to około połowy czerwca, gdy poseł Kalisz zapowiedział, że złoży wniosek o postawienie przed Trybunałem Stanu Jarosława Kaczyńskiego i Zbigniewa Ziobry za rolę, którą odegrali przy śmierci Barbary Blidy, co było przedmiotem prac komisji prowadzonej przez Ryszarda Kalisza. W mediach pokazano drwiącą, acz poniekąd zrozumiałą reakcję Zbigniewa Ziobro, który w charakterystycznym dla antyintelektualnej umysłowej formacji swojego ugrupowania rzekł: "Powinienem być zobowiązany Ryszardowi Kaliszowi, czy jak niektórzy chcą <tęczowemu Ryśkowi>, który ostatnio dał się poznać jako świetny tancerz na paradach. Myślę, że w takiej roli wypada znacznie lepiej, wiarygodniej, niż w tej, w której dzisiaj usiłował odgrywać sceny, teatr". W oczach PiS-u bowiem tęczowa flaga kojarzy się z homoseksualistami, a homoseksualiści są gorszym gatunkiem człowieka, więc żadną miarą nie należy się z nimi identyfikować. Przekaz ten przyjmują ich wyborcy, a politycy z PiS nie zamierzają w najmniejszym stopniu próbować tych ludzi wychowywać – wszak zdecydowali się reprezentować umysłowo ograniczonych frustratów, a nie podnosić ich na wyższy poziom rozumienia świata. Z tego żyją. Premier Tusk tego samego dnia też wygłaszał komentarze o akcie Ryszarda Kalisza – może nawet nie wiedział jeszcze, co powiedział Ziobro, bo dziennikarze tacy wredni są, że dopiero w wieczornym wydaniu wiadomości pokazują, co za dnia w różnych miejscach pozbierali. I pozwolił sobie Pan Premier na następujący passus: „Poseł Kalisz zrobił dość zasadniczą woltę. Jeszcze kilkadziesiąt godzin temu widzieliśmy go jako taką radosną postać na Paradzie Równości, a dzisiaj zamienił się w krwawego jastrzębia.” Zamierzonym sensem wypowiedzi miało być poddanie w wątpliwość, czy wniosek posła Kalisza jest wystarczająco merytorycznie uzasadniony – wszak zbliżają się wybory, a Platforma Obywatelska musi się zastanowić, czy nadstawiać karku w walce z PiS o utrzymanie wniosku o postawienie prominentnych PiS-owców przed Trybunałem Stanu. I w ten sposób znalazł się Pan Premier w tym samym rzędzie co Ziobro i jego kompani – wśród kpiarzy używających do powalenia politycznego przeciwnika faktu, że uczestniczy on w Paradach Równości pod tęczową flagą. Zauważmy, że platformici obywatelscy pełniący różne ważne, także pozaparlamentarne, funkcje jakoś dbają o zdystansowanie się od Parad Równości i związków z tęczową flagą. Niby nie są nienawistni, nie nazywają homoseksualistów zboczeńcami, ale... Przykładowo pani Gronkiewicz-Waltz podczas zeszłorocznej Parady miała „inne ważne obowiązki”, więc nie wzięła udziału w zeszłorocznej EuroPride, na którą z pocałowaniem ręki przyszedłby burmistrz większości zachodnich stolic, by pokazać się jako władca wolny od uprzedzeń i otwarty na ludzką różnorodność, owocującą tworzeniem przyjaznego klimatu, w którym dla wspólnego dobra może pracować każdy, a władza dba, by nawet odmienny obywatel mógł się czuć dobrze i bezpiecznie. Pan Premier tym samym potwierdził, że sam w takiej paradzie by udziału nie wziął, czyli że brzydzący się homoseksualistami wyborcy mogą się czuć twardo w jego osobie i przez jego partię reprezentowanymi, czyli że nie jest pod tym względem „gorszy” od PiS, i podobnie jak deklaruje fan nowinek (technicznych) wicepremier Pawlak z PSL, żadnych „obyczajowych ekstrawagancji” nie przepuści.
A przecież tęczowa flaga, prócz asocjacji z gejami i lesbijkami, którzy odmawiają wstydzenia się swej tożsamości, ukrywania jej i domagają się równych praw z heteroseksualną większością, symbolizuje swymi wielokolorowymi paskami ludzką różnorodność, w odniesieniu do seksualności, lecz nie tylko. To sugestia, że świat nie jest prostą czarno-białą konstrukcją, lecz składa się, tak jak pod względem fizycznym światło białe, z mieszaniny licznych barw i odcieni, i że warto otworzyć się na tę złożoność, bo różnorodność stanowi bogactwo. I że taka, wielokolorowa, jest też PRAWDA o człowieku! Flaga tęczowa wiąże się z hasłem „każdy inny, wszyscy równi”, czyli kampanią Rady Europy na rzecz przezwyciężenia uprzedzeń i dyskryminacji w krajach Unii Europejskiej, które wg słów samego Donalda Tuska wygłoszonych przy okazji objęcia przez Polskę prezydencji w UE: „to najlepsze miejsce na ziemi”. Tak, Europa to prawdopodobnie najlepsze miejsce do życia, ale nie tylko dzięki dobrobytowi materialnemu – do krajów UE emigruje się, aby uniknąć niesprawiedliwości, prześladowań i zyskać godne życie w warunkach państwa prawa w społeczeństwach w dużym stopniu wolnych od nienawistnych stereotypów wobec obywateli odmiennych. Dobrobyt dla ludzi z rynkowo intratnymi kwalifikacjami możliwy jest także w Chinach albo tyraniach w rodzaju Libii Kadafiego, lecz jakoś tam nikt nie ucieka i o azyl polityczny nie prosi, no może z wyjątkiem wygnanych dyktatorów. To ta „okropna” tęczowa flaga reprezentuje wartości europejskie sprawiające, że tu właśnie żyje się najlepiej, i warto, by polska elita władzy wreszcie zrozumiała, że do rozkwitu Polski nie wystarczą unijne pieniądze na wysepki przy wjazdach do wiosek, ale właśnie tych wartości i nowej mentalności trzeba, żeby Europa nie służyła nam tylko jako miejsce ucieczki przed biedą i przykrościami ze strony nienawistnych sąsiadów-rodaków, na które polskie władze patrzą biernie.
Premier Tusk zwykł deklarować w różnych momentach, że w jego partii nie ma miejsca dla homofobów, i nawet wyrzucenie z partii posła Roberta Węgrzyna za głupie słowa o patrzeniu na gejów i lesbijki zdawałoby się potwierdzać te deklaracje. Ale jak tu wierzyć Panu Premierowi, gdy sam rzuca niefortunne teksty i dystansuje się przy każdej okazji od spraw i symboli związanych z równouprawnieniem mniejszości seksualnych? Platforma zwie się Obywatelską ale są wątpliwości, czy faktycznie jest nastawiona na te obywatelskie wartości – bo do nich właśnie należy sprawienie, by żadna niekryminalna mniejszość nie doznawała ograniczeń prawnych albo by uwolnić ją od codziennych utrudnień i szykan generowanych przez większość. Politycy Platformy Obywatelskiej powinni być tam, gdzie ten niepoważny Ryszard Kalisz, powinni mimo swej w większości heteryckiej orientacji gromko powiedzieć: ja też jestem gejem/lesbijką/biseksualistą/transseksualistą/queerem, okryć się tęczową flagą, a nawet przywdziać jakiś krotochwilny kostiumik, i pokazać, że bycie innym NIE dyskryminuje nikogo, i nawet pełniący wzniosłe państwowe urzędy politycy potrafią się wczuć w status tego Innego i być również jego przedstawicielem, uczciwym przedstawicielem, który nie patrzy na takiego wyborcę z góry. Tak jak ongiś prezydent Kennedy zadeklarował, że i on jest Berlińczykiem, gdy Berlin był w kryzysie spowodowanym przez sowiecką blokadę. Polska szczyci się patentem na „solidarność”, buduje swój wizerunek na tym pojęciu i legendzie polskich opozycjonistów walczących z komunizmem. Teraz czas na solidarność bez cudzysłowu – tę obejmującą również mniejszości, do których większość odnosi się z rezerwą, lękiem lub nawet wstrętem.
Nie mam osobiście nic przeciwko premierowi Tuskowi – pamiętam jego działalność polityczną z czasów Unii Wolności, a wcześniej z Kongresu Liberalno Demokratycznego. Wiem, że w czasie komunizmu miał dość odwagi, by wciągnąć się w działalność opozycyjną i odnoszę się z szacunkiem doń. Jest jednak pytanie, co zostało mu z tej odwagi dziś? Z odwagi przeciwstawienia się przemożnej sile większości w imię solidarności z mniejszością – solidarność z hegemonistyczną większością to naprawdę żaden wyczyn. Życzę Panu Premierowi odzyskania tej odwagi, lecz raczej nie spodziewam się. Wolę więc tego „niepoważnego” i „tęczowego” Ryszarda. Tę „radosną postać na Paradzie Równości”.
10-11.07.2011
21 sierpnia 2011
Palec boży jak cholera?
Frontmen bardzo metalowej kapeli Adam Darski, ps. Nergal, otarł się niedawno o dwie przykre rzeczy: o śmierć (z powodu białaczki) i o wymiar sprawiedliwości (z powodu darcia Biblii). Jak dotąd wygrywa na obu frontach, ale nigdy nie wiadomo, co będzie później: białaczka lubi mieć nawroty, a adwersarze sądowi już odwołali się od wyroku uniewinniającego. Paragraf: obraza uczuć religijnych. Jest już koncepcja egzystencjalna, a właściwie teologiczna, która wyjaśnia ten konkretny przypadek zapadnięcia na białaczkę – przedstawili ją oskarżający go przed sądem politycy PiS-u. Dla nich Nergal to ktoś w rodzaju Naczelnego Satanisty Rzeczpospolitej – ma na sobie wytatuowane hasło „Non serwiam”, czyli „nie będziem służyć”, które przypisuje się w chrześcijańskiej myśli Szatanowi, gdy wypowiadał posłuszeństwo swemu Szefowi*. Poza tym lyriks wywrzeszczanych przez Nergala songów nie pozostawiają wątpliwości, że nie lubi on chrześcijaństwa, a może i religii w ogóle, choć prawdę mówiąc trochę właśnie z niej żyje: gdyby nie wkurzenie chrześcijaństwem, czym by się zajmował? Otóż, według oskarżycieli, Darski właściwie już zapłacił za zniewagę w postaci publicznego darcia Biblii – karą była właśnie ta białaczka. W takim razie logika oskarżających go działaczy PiS-u jest dość dziwna: po co chłopa oskarżać i po sądach ciągać, skoro „życie” już go odpowiednio pokarało, nieprawdaż? Gdyby tak jeszcze spojrzeć na postać Jezusa z Nazaretu, to jednym z charakterystycznych motywów obrazujących jego postawę jest polecenie, by nadstawiać drugi policzek po tym, jak się już oberwało w pierwszy. Jest to wyrażenie dość metaforyczne i zapewne trzeba je funkcjonariuszom PiS-u przetłumaczyć na konkret: oznacza to, że nawet, gdy czują się obrażani z tytułu przynależności do wyznawców i uczniów Jezusa, nie powinni procesować się, lecz tak jak ongiś Jezus oskarżany przed Piłatem, pokornie znosić obelgi i nawet gorsze rzeczy. Ale, patrząc na przykład Jezusa, stwierdzić trzeba, że postawa taka niezbyt praktyczna jest – widać, jak strasznie skończył i to w młodym wieku, dopiero pośmiertnie tryumfując. Najwidoczniej współcześni chrześcijanie czegoś się nauczyli i już nie są frajerami – gdy tylko poczują się obrażeni, walczą, piszą pozwy, zgłaszają podejrzenie popełnienia przestępstwa. A nierzadko po prostu walą w mordę albo parasolką po kamerach.
Myśl, że białaczka Nergala jest dziełem Boga samego chcącego pogrozić palcem krnąbrnemu wokaliście wpisuje się w obszerną tradycję interpretowania zdarzeń losowych jako przejawy działania Opatrzności albo karcący akt Boga rozzłoszczonego na swe stworzenie. Niedawno w ten sposób interpretowano tsunami, które spektakularnie uderzyło w azjatyckie wybrzeże, gdzie bogaci przybysze z Zachodu masowo zażywali wakacji i usług seksualnych. Również przyjemniaczkowie z południowo-amerykańskiej Polonii zgrupowani w USOPAŁ zechcieli zinterpretować katastrofę smoleńską jako bożą karę dla Lecha Kaczyńskiego za to, że w końcu podpisał europejski traktat. Oznaczałoby to, iż Bóg chcąc dowalić prezydentowi Kaczyńskiemu, no może także Marii Kaczyńskiej – czarownicy (wg Rydzyka), nie zawahał się pozbawić życia jeszcze 94 innych osób, wśród których część była ze wszech miar prawicowa, bo w końcu pal sześć lewaków!-W przypadku tsunami też wiele osób nim potopionych nie miało nic wspólnego z rozwiązłością burdelową, a jednak Bóg zdecydował się potopić ich pospołu z winnymi. Na prosty antyfacetowski rozum nie da się tego pojąć, a w szczególności uzgodnić z wizją Boga miłującego swe stworzenie, czyli teodycea leży. Ale! Musimy sobie wyobrazić, że Bóg faktycznie wszechmogący jest, tedy nawet niesłusznie pokaranym niewinnym potrafi rajską swą nagrodą wyrównać i naprawić wszelkie szkody doznane przy kolektywnym wyciąganiu odpowiedzialności. Naprawdę trudno zakładać, by miał Bóg bawić się w indywidualne spuszczanie nieszczęść na każdego łebka, który na nerwy mu zadziałał, gdy łotrów jest na danym terenie więcej! Od czego środki zbiorowe, tańsze i prostsze, jak zbiorowy transport w porównaniu z indywidualnym? Nigdy nie zaszkodzi dobrać trochę spośród poczciwych. Wyjaśnię to tak: gdy łotr żyje długo, znaczy to, iż Bóg daje mu szansę się poprawić. Gdy łotr traci życie młodo – znaczy to, że Bóg ukarał go śmiercią. Gdy człek poczciwy żyje długo – oznacza to nagrodę od Boga (już na ziemi). No a gdy poczciwiec umiera młodo, znaczy to, że już zasłużył sobie na życie wieczne i Bóg zwolnił go z dalszej próby. Dobrze wymyślone, nie?
Wróćmy jednak do przypadku chorobowego pana Adama. Wówczas jego partnerką życiową była celebrytka i piosenkarka Doda, i gdy jego sytuacja była dramatyczna, wygłosiła w mediach apel o zgłaszania się potencjalnych dawców szpiku. I wyszedł cud: zgłosiły się tysiące chętnych. Zwykle po jakimś apelu o pomoc pewna liczba ochotników się wyłania, ale nigdy tak masowo. To coś na kształt rozmnożenia chleba, podczas którego może jego masa nie przyrosła w nadnaturalny sposób, lecz poczucie wspólnoty sprawiło, że dzielący się zasobami stworzyli wrażenie obfitości. Tu nasuwa się pytanie, czy cud ten bożego pochodzenia jest, czy diabelskiego. Sprawa bowiem nie jest wcale prosta: kiedyś niewyjaśnione cudowne zdarzenia nie były automatycznie przypisywane Bogu – nikt nie miał wątpliwości w sprawczą moc nadnaturalnych działań demonów i im podobnego metafizycznego personelu, tedy cud, by być „słusznym”, nosić musiał znamiona świadczące o jego proweniencji. Jak to jest z cudem Nergalowym? Luzacy wśród katolików pewnie cieszyliby się, że coś dobrego w ogóle powstało, mówiąc: Duch tchnie, kędy chce. Skoro tysiące chętnych do oddania szpiku się ujawniło, jak się ich przebada, będzie szansa ratowania masy chorych, a nie tylko jednego Nergala. Kato-inkwizytorzy kazaliby zbadać sprawę na zasadzie: cui prodest... I tu oczywistym staje się, że cud ten, zupełnie nie mniemany, służy Szatanowi – dostarcza mu pijaru, i to bynajmniej nie czarnego. A ze ZŁA wcielonego, ZŁO tylko wyjść może! A kysz!
Z czystej mojej złośliwości dodam, że cuda zdarzają się też ludziom zupełnie innych religii, z zupełnie odmiennym imaginarium postaci metafizycznych, a może też i niewierzącym. Zaiste jest co badać... A jeśli któraś religia rości sobie pretensje do pewności, że jej centralna postać wypełnia całą metafizyczną przestrzeń, czyli jest Absolutem? Jak wtedy rozstrzygnąć, któremu Absolutowi przypisać określone zasługi, gdy przestrzeni jest tylko dla jednego? Owszem, geograficzna izolacja od wyznawców innej wersji prawdy ostatecznej trochę pomaga, lecz zawsze taka kohabitacja jest formą samooszukiwania się. Bez wojny się tego nie rozstrzygnie – w przeciwnym razie pozostanie niesmak i ból duszy, że PRAWDA OSTATECZNA doznała ciosu ze strony zepsutych relatywistów albo niedostatku bojowego ducha.
Spróbujmy wyciągnąć z Nergalowego doświadczenia parę wniosków ogólniejszych. Najwidoczniej niebezpiecznie jest drzeć święte księgi. Trzeba uczciwie dodać, że gdyby darł Koran, miałby znacznie bardziej przekopane, ale to co go spotkało – też nie pikuś**. Zatem każdy, kto rozważa darcie jakichś świętych ksiąg – nawet na własnym koncercie, wśród publiczności świadomie tam przybyłej, powinien być przygotowany na nowotwór albo inną przykrość. Bóg najwidoczniej nie jest demokratą: prześladuje dysydentów i ogólnie nie ma poczucia humoru. No, chyba że jest to humor koloru czarnego.
*Zapewne, gdy połapał się, że w tej robocie i pod tym Szefem nigdy nie awansuje ani nie założy własnego biznesu.
**Właściwie w islamie centralną postacią jest ten sam Bóg, ale w innym świecie wyobrażeń, no i wyznawcy bardziej narwani, często nieznający rozróżnienia na sferę świecką i religijną, gdzie w tej pierwszej panuje również wolność OD religii i wolność jej krytykowania.
21.08.2011
3 września 2011
Zmarł Andrzej Lepper
Polska straciła niezwykle utalentowanego chłopskiego demagoga, który popadł w ruinę, po tym jak nie został wybrany na kolejną kadencję, a uprzednio doznał wykańczającej prowokacji ze strony wspólnika z rządowej koalicji.
Prezes idiota
Kampania wyborcza wystartowała na całego. Sztaby partii startujących w wyborach umawiają się na debaty. Marginalizowany Janusz Palikot próbuje dostać się na debaty, na które go nie zapraszają i bardzo chętnie przyjedzie, gdzie go zaproszą. PiS natomiast debat unika. Najpierw wszyscy żołnierze z rzecznikiem na czele „wzywali” ministrów z rządu, by „stawili się” na debacie w ich siedzibie, gdzie wydzielili jakieś pół sali i nazwali to Centrum Programowym czy tak jakoś (przy używaniu wielkich liter mam tu istotne wątpliwości, ale niech tam!). Jakoś brakuje mi, że nikt bezczelnym gębom PiS-owców nie powie bezpośrednio, że nie są oni kimkolwiek, kto miałby prawo wzywać do stawiennictwa kogokolwiek, a w szczególności urzędników spełniających wysokie funkcje w demokratycznym państwie. Nie chciałbym, aby jakikolwiek minister a tym bardziej premier przychodził „na dywanik” do siedziby jakiejkolwiek partii, a w szczególności przed oblicze nadętego i najwidoczniej umysłowo niesprawnego prezesa PiS. Nie dość, że byłby to dyshonor dla przybywających tam, to pod względem profesjonalnym byłaby to szopka debaty – dziadostwo oprawy technicznej wyszło, gdy któryś z PiS-owskich luminarzy w obecności kamer telewizyjnych odstawiał scenkę, w której on niby był gotów do „debaty”, a adwersarze „stchórzyli”. Jego głos ledwo się przebijał przez sprzężeniowe piski (właściwie: PiS-ki) – ładna byłaby debata w takim miejscu, i pewnie z tamtejszą obsługą – wyobraźmy sobie analogiczną solidność przy mierzeniu czasu wystąpień uczestników... No, ale studia telewizyjne poza TV Trwam najwidoczniej stronnicze są – w prawie każdej stacji TV pozwalają sobie na krytykę poczynań PiS i nawet się z niego naśmiewali w programach kabaretowych. I na dodatek jeszcze mogą mieć akcjonariuszy zagranicznych, czyli są tylko mediami „polskojęzycznymi”, tak naprawdę Polsce wrogimi (co poznaje się po postawie wobec prezesa).
Dzisiaj Ja-ro-sław! Kaczyński znów przeszedł samego siebie: ogłosił, że może ewentualnie przystąpić do debaty z premierem (to słowo ja dodałem – prezes nie potrafi) Tuskiem, ale pod warunkiem, że odbędzie się to na „neutralnym” gruncie i... po „zwinięciu białej flagi”, którą niby polski rząd wywiesił i odtąd poddaje się w walce o polskie sprawy jakimś wewnętrznym i zewnętrznym możnowładcom czy tak jakoś. Zastanówmy się, co ten bełkot znaczy.
Ciekawe, że innym partiom jakoś pasuje odbywanie debat w istniejących stacjach telewizyjnych od Polsatu po TVN, i jedna z debat (o służbie zdrowia) już się odbyła, przy czym oczywiście jej reguły zostały uzgodnione ze sztabami wyborczymi zainteresowanych partii, które to spotkanie rychło opuścili przedstawiciele PiS. Zastanówmy się nad drugim pozornym warunkiem postawionym przez Kaczyńskiego. Samo to wezwanie do porzucenia białej flagi znów stawia jego dyskutantów w idiotycznej sytuacji. To tak, jakbyśmy komuś powiedzieli, że pogadamy z nim, gdy przestanie kraść albo bić żonę, przez co strona „zaproszona” do rozmowy przez samo przyjęcie zaproszenia musiałaby przyznać się do wcześniejszego wykonywania tych nagannych czynów. Kaczyński jakoś nie potrafi powiedzieć niczego bez obrażania swego rozmówcy i (skoro nie ma nikogo w pobliżu, kto trzasnąłby go w papę, jak mawiał A. Lepper) zasługuje po prostu na to, żeby z nim w ogóle nie rozmawiać o niczym, bo on tego nie potrafi. Jego partia, obecnie hołubiąca kiboli, zasługuje na ten sam los co Samoobrona Leppera – na wykopanie (za pomocą kartki wyborczej) na śmietnik polskiej polityki. Skoro Kaczyński tak „zaprasza” do rozmowy, że nie sposób skorzystać bez wstępnego autoponiżenia, niech sobie kiśnie na uboczu, w końcu i tak nie ma specjalistów od żadnej dziedziny ani programu dla Polski, co pokazał już rządząc parę lat. Piętrząc absurdalne warunki wstępne uczestnictwa PiS-u w debatach pokazuje on de facto, że marnej baletnicy przeszkadza rąbek spódnicy (przysłowie polskie, które cytuję z pamięci). Poniekąd dobrze byłoby, gdyby po prostu siedział cicho, skoro ani teraz nie ma, ani w przewidywalnej przyszłości nic mądrego do powiedzenia mieć nie będzie. Nawet całkiem miło jest, gdy nie trzeba codziennie oglądać jego nadętej facjaty i wysłuchiwać kaskady coraz głupszych i bardziej obraźliwych oskarżeń pod adresem całego świata. Tylko niech ten buc wreszcie zrozumie, że to on sam sprawił, że się zmarginalizował, bo choć rozmowa z PiS-wcami to nic miłego, to jego i kandydatów z ramienia jego partii na debaty zapraszano.
A teraz krótko o tej „białej fladze”. Kaczyński jakoś nie zauważył, że Polska nie prowadzi wojny z całym światem, a w szczególności z Rosją, Niemcami i Unią Europejską. Polska polityka i racja stanu nie polegają więc na zero-jedynkowej walce, w której albo my ich bijemy, albo oni nas. Nasz interes narodowy nie jest w konflikcie z interesem innych krajów ościennych, a jeśli popatrzymy chociażby na proporcje pomiędzy Rosją a Polską, to jest pewna różnica ze wskazaniem na Rosję, tym bardziej, że kupujemy od niej ropę i gaz, i przez pewien czas tak zostanie. Rosja prowadzi wprawdzie dość toksyczną politykę w stylu wielkomocarstwowym, to jest właśnie takim, że aby komuś w czymś pomóc, najpierw chce wymóc dla siebie ustępstwa, przykładowo w tolerowaniu naruszeń praw ludzkich albo suwerenności krajów byłego ZSRR. Jeśli przy każdej okazji będziemy tupać na Rosję nogą, a właściwie nóżką malutkiego mężyka stanu, którym byłby Jarosław Kaczyński (gdyby został prezydentem albo premierem), albo naszym ministrem spraw zagranicznych będzie pani Anna Bez-Komentarza Fotyga, i rodziny ofiar naszej katastrofy będą do Rosji jeździć z wiertarką i wieszać tablice o treściach nieuzgodnionych z gospodarzami, to zaszkodzimy nie Rosji, lecz Polsce. Jeżeli na dodatek będziemy bruździć Unii Europejskiej, to ona też potraktuje nas jako lokalnego idiotę, i nie będzie się wdawać w nasze awantury z Rosją. W ten sposób nie tylko żadnej wydumanej mocarstwowości Polski się nie zbuduje, ani nawet sensownej pozycji wynikającej z wielkości kraju, jego gospodarki i inicjatyw politycznych w sąsiedztwie. Co najwyżej w kabaretach doczekamy się należnego nam miejsca, być może z kukiełką reprezentującą naszego głupiego i śmiesznawego przedstawiciela. Rząd Tuska nie jest rządem moich marzeń, ale jest i tak o kilkaset procent lepszy od rządu Jarosława Kaczyńskiego, i przy wszystkich trudnościach gospodarczych i politycznych, także w relacjach z Rosją, radzi sobie przyzwoicie na skalę naszego kraju: po prostu od czasu do czasu udaje nam się coś ugrać. I nie wywiesił żadnej białej flagi, bo nie prowadzimy wojny, lecz pokojową i pragmatyczną politykę, w której nie jesteśmy głównym rozgrywającym oraz nigdy nie będziemy.
3.09.2011
9 października 2011
Dziwna cisza
Stosunkowo niedawno obchodzono 10 rocznicę ataku Al. Kaidy na USA, który został przeprowadzony poprzez kontrolowane rozbicie uprowadzonych samolotów pasażerskich, z których dwa najbardziej spektakularne zniszczyły World Trade Center, budowlę dotychczas symbolizującą potęgę USA. Gdy wciąż trwał dramat bliźniaczych wież palących się po wbiciu się samolotów pośrodku ich wysokości, u ich podnóża zaczęły pojawiać się różowe plamki. Były to rozpryski ciał pracowników biur palących się wieżowców położonych ponad strefą ognia, którzy logicznie stwierdzili, że nie mają już szans ucieczki, że ratunek z powietrza do nich nie przyjdzie, z ziemi nie dosięgnie, więc postanowili wziąć swe ostatnie sprawy w swoje ręce – skoczyć. W ten sposób wybrali sobie lepszy rodzaj śmierci, bo uniknęli spalenia się żywcem, ewentualnie bycia sprasowanym w klatce schodowej zapadającego się budynku: w ciemności, w dymie i toksycznym pyle, i z mechanicznymi obrażeniami ciała, które nie muszą od razu przynosić śmierci. Po kilkusekundowym locie, w czasie którego po raz ostatni spojrzeć można na znajomy sobie krajobraz, następowało uderzenie o podłoże lub architektoniczne elementy z taką siłą, że mózg został zniszczony zanim cokolwiek był w stanie zarejestrować. Efektem ubocznym ich decyzji było przyspieszenie swojej śmierci niż w razie biernego czekania aż siły zewnętrzne uczynią życie niemożliwym do kontynuowania.
Zdziwiłem się po 11.09.2001 i do dzisiaj się dziwię, gdy kolejne rocznice tych wypadków są obchodzone, coraz więcej osobistych wspomnień uczestników tych wydarzeń się publikuje, a pewnych aspektów tragedii nikt nie podnosi. Zwykle, gdy tylko zdarzy się jakiś człowiek cierpiący i mający przed sobą tylko śmierć lub w swoim mniemaniu nie mającą wiele wspólnego z życiem wegetację, i gdy zażąda on pomocy swych bliźnich w przedterminowym odejściu ze świata, słyszy się larum obozu Obrońców Życia i Wyznawców Świętości Życia Bez Względu Na Wszystko. Każdy samotny Kevorkian* spełniający posługę oczekiwaną przez tę klasę cierpiących od razu trafia do sądu, a i całe kraje w rodzaju Niderlandów mają przekopane na amen w homiliach Wielkich Autorytetów Moralnych jako kultura śmierci. Aż tu nagle pobożni głupcy z Al. Kaidy wjeżdżają boeingami w World Trade Center i widzimy w transmisjach telewizyjnych, jak pracownicy biur ze strefy ponad ogniem wyskakują po stwierdzeniu, że ratunek dla nich znikąd nie przybędzie, a moralizatorzy cicho. Był to przecież ze strony samobójców niesłychanie brzydki przejaw myślenia negatywnego – zamiast do ostatniego tchnienia powtarzać sobie „wszystko będzie dobrze”, oni, najwidoczniej nie wierząc w Boga miłosiernie ratującego swe ufne dzieci i nie wierząc też w potencjał ludzi dobrej woli, nie dopuścili możliwości cudownego ocalenia, np przez szwadron helikopterów przybywających w ciągu kilku minut z drabinkami sznurowymi dla każdego biuralisty, by nie wspomnieć o nadnaturalnych środkach (nie ważę się ich tu wymieniać, lecz wierzącym nie wypada nie wierzyć w cud – zdaje się, że nazywane to jest „grzechem desperacji”). No i finansiści mieli rację w swej trzeźwej kalkulacji: nikt nie dotarł ponad strefę ognia, by ich uratować. Niedługo później budynki zapadły się, grzebiąc ostatnich ewakuujących się i strażaków dzielnie prących do góry gasić pożar. Wyciągnęli więc wnioski słuszne: powyskakiwali. Ci co pozostali w swoich biurach, też zostali pochłonięci przez gruz i od razu spopieleni – co najwyżej spoczęli w wyższych warstwach.
W ten sposób dezerterzy z życia sprzeniewierzyli się szeregowi norm i wartości przez nie chronionych. Wszak to nie człowiek jest dawcą życia, więc też nie ma on prawa go odbierać przed czasem, nawet tylko sobie i dobrowolnie. Główne religie zbawiające przedstawiają kondycję ludzką jako feudalną podległość Bogu. Skoro było jeszcze kilka do kilkunastu minut istnienia do zaliczenia, wprawdzie z widocznie określoną perspektywą jego trwania, rolą pokornego dziecka bożego było grzecznie czekać, aż okoliczności zewnętrzne zrobią swoje – to w nich przejawia się Boża Wola, o której spełnianie masochistycznie modlą się chrześcijanie w swym codziennym Ojcze nasz! Najwidoczniej prawidłowy czas rozstania się z życiem to taki, który jest wyznaczony przez okoliczności przez żyjącego niekontrolowane. A więc, uwięzienie pośród gruzu po zawaleniu się budynku w gryzącym i duszącym dymie zawierającym azbest, tudzież spotkanie się z żywym ogniem (bądź co bądź symbolem życia!) z nafty spływającej z byłych boeingów – jest OK, lecz wyskok ku przedwczesnej śmierci wskutek samodzielnej decyzji – NIGDY. Samowolne odebranie sobie życia to jakby przejaw merkantylnego i konsumpcyjnego podejścia do niego, tej zachodniej i dekadenckiej manii wybierania doświadczeń życiowych mających być naszym udziałem jak towaru w hipermarketach. Zamiast z pokorą poczuć ogrom fizjologicznego bogactwa bólu, jaki w sytuacji ostatecznej nasze cudowne organizmy potrafią nam dostarczyć, ci giełdowi cwaniaczkowie wybrali sobie kilkusekundowy lot, nie tylko z możliwością podziwiania widoczków, lecz z doznaniem stanu nieważkości jak w kosmosie, i z wygaszeniem mózgu tak nagłym jak uśpienie w narkozie i równie głębokim, acz bezpowrotnym.
Otóż zabrakło mi krzyku moralnych czyściochów: czyż wyskok z płonącego wieżowca czymś innym jest, niż ucieczką od cierpienia i wyborem innego sposobu umierania, o co błagają niektórzy pacjenci skazani na śmierć przez degradację w rytm postępów choroby terminalnej? Gdzie byliście Moraliści ze swym doktrynerskim potępieniem w czambuł śmiertelnego skoku, przecież nie należycie do zbyt taktownych dyskutantów, więc ogrom tragedii nie powinien Was powstrzymywać w najmniejszym stopniu. Czyżby zdarzyło się Wam niedopatrzenie? A może (choć trudno w to uwierzyć) ogarnęło Was współczucie? Chyba że… zauważyliście słuszność racjonalnego wyboru skaczących i wolicie siedzieć cicho, by uniknąć rozmowy o tym przypadku, bo to grozi przeniesieniem wniosków zeń płynących również na beznadziejnie cierpiących chorych? Czego Wam, Sobie i Wszystkim Zainteresowanym życzę.
-------
*Już niestety tylko Świetnej Pamięci
9 października 2011
Uff!
Cudów może nie będzie, ale w najbliższej przyszłości nie będą nami rządzić idioci. Napijmy się!
9.10.2011
Grudzień 2011
Powtórka z rozrywki?
W polemice niewierzących z wierzącymi daje się zauważyć taka szczególna nierówność: otóż wierzący postępują według swojej liturgii, która nadaje poszczególnym dniom roku cykliczne nacechowanie treściami ich wiary. Dzieje się to pod pretekstem upamiętnienia jakichś skądinąd mitycznych i ocierających się o fikcję zdarzeń, jednakowoż wystarcza, aby skierować uwagę publiczną na rozważanie teologicznych treści, choć żadne realne wydarzenia tego nie wymuszają. Biedni niewierzący mają swoje racjonalne przekonania i wystarczy je raz zaprezentować rozmówcy albo samemu przyjąć do wiadomości, a poglądy zostają sformatowane, zdefiniowane, i spokój. Co najwyżej jakieś doświadczenie nasycone mistyką, o ile zdarzy się, może wpłynąć na zmianę przekonań tak ukształtowanych. Nie potrzeba uczestniczyć w nabożeństwach, śpiewać, zagłębiać się w symbolicznych czynnościach typu sakramenty, by swoje poglądy i postawy podtrzymać – one trzymają się dzięki logicznej spójności. Nawet nie ma zasadniczego parcia na to, aby wszystkich innych wciągnąć w sferę swoich poglądów, a w szczególności nie ma poczucia nakazu misyjnego uzasadnionego obawą o pośmiertne losy kogoś, kto naszej doktryny nie przyjął. Niestety, ten spokój i milczenie niewierzących okazuje się oddaniem pola w odwiecznej polemice pomiędzy nimi a wierzącymi. Wierzący bowiem cyklicznie, bez zewnętrznej prowokacji, nakręcają się do publicznego przedstawiania ich wiary. Przed wiekami bowiem udało im się wprowadzić do kalendarza swoje święta, czyli domniemane rocznice upamiętniające zdarzenia będące przedmiotem ich wiary, i jest to okazja, by wciągać w zrytualizowane obchody praktycznie wszystkich. W naszej niemal teokratycznej rzeczywistości uchodzi to za normę jak heteroseksualny i heteronormatywny świat przedstawień zainstalowany w wyobraźni większości.
Gdy cyklicznie przytłaczają mnie okolicznościowe i jak zawsze entuzjastyczne produkcje medialne o magii obchodzonych obecnie Świąt i wspaniałym geście Boga w tym, że posłał na Ziemię swego syna (który potem będzie zabity, niby za nas), czuję się jak antyreligijny fanatyk. Mógłbym bowiem spokojnie sobie żyć i długo powstrzymywać się od myślenia o religii, co najwyżej przerywanego relacjami o jakichś absurdach w homiliach polskich duchownych, przejawach ich zachłanności na nieruchomości, tudzież o okrutnych i nieżyciowych postępkach duchownych islamskich albo animistycznych. Niestety, zalew treści podstępnie wprowadzonych do naszej kultury i przedstawianych jako immanentny składnik polskości mnie frustruje i skłania do strzelania na odlew.
Tak więc zmuszony jestem wygłosić słowo nadziei. Kochani! Niech radują się Wasze dusze (które oczywiście nie istnieją :) ), albowiem:
a) najprawdopodobniej nie potrzeba żadnego Boga do wyjaśniania istnienia Wrzechświata – nie ma czegoś takiego, jak umiejscowiona w czasie PRZED Wielkim Wybuchem jego przyczyna. Cieszcie się i radujcie – CZAS zaczął funkcjonować dopiero wraz z Wielkim Wybuchem i przyczynowość znana z naszego doświadczenia codziennego zaczęła się dopiero wtedy!
b) skoro tak, to odpada problem wyjaśniania istnienia Zła, gdy Bóg-Stwórca podobno chciał uczynić rzeczy Dobre, lecz dziwnie mu nie wyszło. Może trochę przykro, że nie będzie kogo oskarżyć za całokształt krzywd przyniesionych przez Byt w tej postaci, jaką znamy. Z drugiej jednak strony prawdopodobnie Wszechmogący i tak okazałby się tyranem i nie uznałby żadnych pozwów przeciwko sobie; skądinąd żadne Pismo nie wspomina o niezależnych od niego instancjach sądowniczych, tedy spać możemy spokojnie, albowiem
c) po śmierci jest taka sama nicość doznań jak przed naszym urodzeniem. Jeśli tylko uda nam się umrzeć bezboleśnie lub z wyłączeniem świadomości – jesteśmy uratowani. Niestety wciąż nie w Polsce...
Jestem więc optymistą, a jako że tzw. kobiety wolą wiązać się z optymistami, sugeruję wiązać się ze mną. Niektóre dni tygodnia mam wolne. Zabawa gwarantowana!
24.12.2011
O degradacji przez egzystencję
Wyobraźmy sobie, że chcemy uczynić świat lepszym miejscem. W tym celu powinniśmy angażować się finansowo i osobiście w liczne przedsięwzięcia zmierzające do poprawy losu różnych pokrzywdzonych, zmiany ustawodawstwa prowadzącego do krzywd i mentalności krzywdzicieli.
Niemal każdego dnia w codziennej gazecie znaleźć można apele o pomoc w leczeniu dzieci ciężko pokrzywdzonych przez los. Czynnikiem krzywdzącym są: nowotwory, porażenie mózgowe, pakiet uszkodzeń genetycznych, a dzieci bywają sierotami porzuconymi przez biologicznych rodziców albo to właśnie ich rodzice zwracają się z gorącym apelem do szerokiej publiczności. Potrzebne są drogie leki, których miesięczne dawki kosztują dziesiątki tysięcy złotych, operacje za granicą za setki tysięcy dolarów lub euro, rehabilitacja za setki złotych tygodniowo, podobnież środki opatrunkowe i higieniczne. Nie można nie zapłacić – każdy dzień zwłoki to utrata możliwości wyleczenia i tragedia osobista i rodzinna. 50 PLN? Może wypadałoby 100? Może jednak 50, przy założeniu, że odpowiadamy na każdy apel, który nas poruszył. Jeśli miesięcznie będzie tego średnio 5 razy, daje to od 250 do 500 PLN-ów.
Życiowe dramaty dotyczą nie tylko dzieci – czasem dorosłych, którzy dzieci mają na utrzymaniu a zachorowali, stracili pracę, ulegli wypadkom albo pokrzywdzeni zostali przez bezdusznych właścicieli wynajmowanych przez nich mieszkań albo wręcz przez przestępców i brakuje im na remont mieszkania, opał, żywność i odzież dla dzieci. Załóżmy 1 taki przypadek miesięcznie docierający do naszej świadomości. Wypada zapłacić: 50 PLN to przyzwoite minimum.
Chcemy też, żeby w różnych źle rządzonych krajach ludzie nie byli wtrącani do więzień wg widzimisię wrednych policjantów, sędziów, dyktatorów, by nie byli torturowani, by dopuszczano do nich adwokatów, by mieli oni z czego adwokatów opłacić, by ferowano im wyroki po uczciwym procesie, i by organizacje na rzecz praw człowieka miały zasoby potrzebne na dotarcie do każdego więźnia sumienia. Nie można spać spokojnie, coś trzeba zrobić – spróbujmy wyobrazić sobie siebie w takiej sytuacji... Piszemy więc listy wraz z Amnesty International, organizacja bierze na siebie koszty ich wysyłki, my dostarczamy personaliów podpisanych na końcu listów i ich treść. Podpisujemy też regularnie petycje sposobem online. Ale to nie wszystko: organizacja powinna być zasilona datkiem, żeby miała na pokrycie swoich kosztów – można tego dokonać przez wpłatę bezpośrednią albo zakup gadżetów. Przyzwoitość nakazuje dać co najmniej 50 PLN-ów.
Istnieją organizacje pożytku publicznego broniące nas przed faszyzacją życia publicznego, co zagraża każdej demokracji. Jeśli jesteśmy pod jakimś względem nietypowi, tym bardziej zależni jesteśmy od organizacji, które w razie potrzeby nagłośnią naszą krzywdę w mediach, wystosują odpowiednie apele do instytucji państwowych, zorganizują protest. Takich organizacji jest około 5 (Fundacja Helsińska, Kampania Przeciw Homofobii, Fundacja Trans Fuzja, Amnesty International i jeszcze internetowe miejsca z petycjami). Wypada im dać po 50 PLN-ów, razem 250. Co najwyżej rozłożymy sobie to na poszczególne miesiące i co miesiąc te 50 PLN-ów przesyłać będziemy innej organizacji.
Dbać trzeba też o środowisko i przyrodę. Tu wiem o kilku organizacjach, głównie Greenpeace, WWF, ale średnio przyjmijmy, że należy wesprzeć 3. Petycje online to nie wszystko, potrzebne są też datki – mniej niż 50 PLN nie wypada, więc 150, chyba że zrobimy to rotacyjnie, co miesiąc innej organizacji.
Świat nie składa się wyłącznie z tzw. ludzi. Nieszczęścia jeszcze drastyczniejsze spotykają zwierzęta. Na przykład wyeksploatowane konie, które polscy gospodarze, sól tej ziemi, sprzedają brutalnym handlarzom, którzy wywożą je (w ramach typowo ludzkiej wdzięczności za lata pracy) do Włoch, ewentualnie do lokalnych rzeźni. Wypadałoby tym koniom zapewnić spokojne dożywocie w farmie prowadzonej przez przyzwoitych ludzi, ale najpierw trzeba je wykupić, bo jako „gadzina” są przecież tylko towarem (choć często opatrzonym poetycko brzmiącymi imionami). Apele o pomoc ukazują się kilka razy w miesiącu, powiedzmy, że średnio 3x. Wypada złożyć się 50 PLN-ów za każdym razem, bo w końcu oznacza to los konkretnego zmaltretowanego zwierzęcia. Prócz tego wypadałoby stale wspierać farmę utrzymującą i leczącą stare konie, więc płacimy 3x50 PLN-ów na interwencyjny wykup + 100 PLN-ów regularnego wsparcia, razem 250 (koń to duże zwierzę, dobrze, że rolnicy przechodzą na traktory niewymagające humanitarnej pomocy...). Może powinniśmy się też złożyć na rolników, aby powstrzymywali się od zakupu i rozmnażania koni w swoich gospodarstwach? To chyba już przesada – w końcu KRUS jest taką ogólnospołeczną składką na rolników i starczy.
Oprócz podle traktowanych koni są i inne zwierzęce nieszczęścia – przykładowo bezdomne psy i koty, okazjonalnie niektóre szczególnie okrutnie potraktowane przez zwyrodnialców człekokształtnych, i w związku z tym wymagające drogiego, długoterminowego leczenia, a ponadto regularnie porzucane, co wymaga utrzymania ich w schroniskach przynajmniej do momentu szczęśliwej adopcji. Są też organizacje tropiące przestępców wobec zwierząt – Towarzystwo Opieki Nad Zwierzętami W Polsce, które musi prowadzić biuro i mieć środki na monitorowanie zgłaszanych spraw, interwencję w przypadkach zwierzęcej krzywdy, uczestnictwo w procesach. Z innych organizacji wspomnę PETA (People for Ethical Treatment of Animals). Zakładam, że wypada wspierać 3 znane sobie schroniska, 1 organizację i pojawiające się średnio raz na 1.5 miesiąca przypadki ratowania zwierzęcych ofiar drastycznych przestępstw. Jeśli wydamy po 50 PLN-ów na schronisko, mamy 150 PLN-ów łącznie, powiedzmy 50 PLN-ów regularnej pomocy dla organizacji (rotacyjnie lub synchronicznie) i 100 PLN-ów na ratowanie skatowanego zwierzęcia, miesięcznie średnio niewymierne 66,66 PLN-ów. Razem miesięcznie: 316, chyba że pękniemy i zastosujemy rotację z wspieraniem schronisk.
Gdy na świecie na okrągło dzieją się podłości w rodzaju wycinania łechtaczek dziewczynkom, sprzedawania dzieci do niewolniczej pracy lub burdeli, nie wypada spać spokojnie i zajmować się tworzeniem własnego szczęścia. Powinniśmy pojechać do regionu świata, gdzie te niegodziwości się dzieją, prowadzić akcję edukacyjną albo założyć ośrodek lub właściwie komando śpieszące z pomocą na miejscu, gdzie zło się dzieje. Trzeba by fizycznie pomagać uciec dziewczynkom zagrożonym rytualnym okrucieństwem z ich idiotycznych rodzin, a być może w ogóle ewakuować je z ich krajów o chorej kulturze, stać na straży każdej biednej rodziny, która rozważa sprzedanie dziecka chytrusowi, który zrobi zeń niewolnika, regularnie brać udział w najazdach na burdele i zapewniać wyzwolonym zeń dziewczętom edukację, bezpieczne życie w innym miejscu i pracę. Trudno wręcz oszacować skalę problemu, w każdym razie życie można temu spokojnie poświęcić: albo ginąc w akcji (bo przestępcy prawie na pewno stawiać będą opór), albo spędzając na tej działalności wiek zawodowo czynny (niejasną kwestią są składki na ZUS i emerytura – praca ta musiałaby być przez kogoś opłacana. Kogo?). Przy czym nawet w razie owocnego spędzenia czasu i przetrwania do wieku emerytalnego, można mieć pewność, że rozwiązaliśmy tylko wycinek problemu. Jeśli jednak na heroizm nas nie stać, wypadałoby przynajmniej sprawdzać, czy w towarach z Chin, Indonezji, Bangladeszu czy Indii nie jest przypadkiem zawarta niewolnicza praca dzieci a nawet dorosłych zarabiających całe życie marne grosze, z których nigdy nie odłożą na własne mieszkanie i dobre życie, a pracujących w marnych warunkach z wyśrubowanymi normami, nabywając choroby zawodowe bez opieki medycznej. Osobiście nie zweryfikujemy warunków wytworzenia konsumowanych dóbr, co najwyżej możemy kupować artykuły wyraźnie droższe, z produkcji organizowanej przez dobroczynną organizację, która to sprawdza. Niestety, dotyczy to tylko wybranych artykułów, a w odniesieniu do większości przez nas używanych i potrzebnych nam konkretnie, nic pewnego powiedzieć się nie da. Jeśli odmówimy używania artykułów wytworzonych w podejrzanych częściach świata, zostaniemy w materialnej ascezie, albowiem większość nawet markowych, lecz popularnych przedmiotów wytwarza się w miejscach z tanią siłą roboczą, co oznacza podejrzane części świata. Jeśli więc nie jesteśmy milionerami skłonnymi kupować rzeczy ręcznie robione w drogich europejskich manufakturach, musimy pogodzić się, że będziemy napychać kieszeń różnym cwaniakom na szczycie kapitalistycznego łańcucha pokarmowego w regionie świata, gdzie nie dba się o środowisko, człowieka, a o zwierzę – tym bardziej nie.
Podobnie jest z przyzwyczajeniem kulinarnym do jedzenia mięsa. Mogę się łudzić, że zwierzęta w polskich ubojniach zabijane są bez maltretacji, lecz w istocie, znając polską skłonność do krętactwa i pazerność rolników oraz przedsiębiorców, nie mogę mieć wątpliwości, że różne podłości w rodzaju krojenia niedobitego zwierzęcia albo znęcania się nad nim dla zabawy tudzież dla skłonienia go do wyjścia z samochodu ku hali ubojowej mimo urazów doznanych po drodze dokonują się przynajmniej raz na jakiś czas, a nikt nie jest zainteresowany ich ujawnieniem, przy czym często weterynarze legalizujący ubój mięsa są członkami sitwy razem z magnatami zakładów mięsnych i patrzą jedynie no obecność larw włośnicy w mięsie. Tedy jedząc mięso przyczyniam się do ogromu niespisanych krzywd znoszonych przez kręgowce o podobnym postrzeganiu rzeczywistości do mojego i na dodatek do wysoce nieekologicznej produkcji żywności, gdzie stosunek masy roślinnej zamienionej w kaloryczność mięsa jest katastrofalnie niekorzystny, a ponadto towarzyszy temu emisja gazów cieplarnianych (metanu w odchodach zwierząt hodowlanych). Powinienem więc zostać wegetarianinem, albo jeszcze radykalniej do wariantu wegańskiego zubożyć swoją dietę, której obecne bogactwo i zróżnicowanie jest dla mnie znacznym składnikiem zadowolenia z egzystencji. Na dzień dzisiejszy jestem tylko o jedno oczko porządniejszy od ogółu – nie kupuję (ledwo) żywego karpia przedświątecznego.
Podsumowując: abym mógł być w porządku, musiałbym przy powyżej zdefiniowanych parametrach miesięcznie wydawać na charytatywne darowizny od 750 do 1566 PLN-ów. Oczywiście wstyd przyznać, ile z mojej nauczycielskiej pensji pozostałoby dla mnie, gdybym postanowił co miesiąc wspierać wartości, które wyznaję i wyspecjalizowane organizacje o nie walczące. Pod względem finansowym mógłbym w przybliżeniu czuć się w porządku, lecz wciąż pozostaje kłopot, że osobiście nie interweniowałbym we wszystkich miejscach, gdzie nie tylko popełnia się prawem ścigane przestępstwa, lecz co gorsze, popełnia się je jako rutynowe kulturowo uwarunkowane i usankcjonowane postępowanie. Aby temu zaradzić, musiałbym być wojownikiem na miarę mitycznego Chucka Norrisa i być członkiem jakiegoś oddziału interwencyjnego o niesłychanej skuteczności, z tym że nasuwa się obawa, że bez metafizycznych mocy właściwych Aniołom Stróżom i tak nie trafilibyśmy do wszystkich ofiar wszystkich podłości potrzebujących natychmiastowej pomocy.
I tu dochodzimy do problemu: skoro monoteistyczny Bóg o przymiocie wszechmogącego, odbierający na co dzień hołdy od swych wyznawców jako uosobienie Dobra nic nie robi w wyżej wspomnianych sprawach, pozwalając, by wszelkie podłości i okrucieństwa, także w jego imię, dokonywały się, dlaczego JA mam się czuć odpowiedzialny za cały źle przezeń stworzony świat, skoro moje środki nader ograniczone są? Gdybym był wierzący, mógłbym się samooszukiwać przez modlitwę w intencji spraw leżących mi na sercu i chodzić spać z poczuciem wykonania wszystkiego co w ludzkiej mocy, żeby było dobrze. Niestety, nie jestem – zatem muszę uznać się za skończonego łotra, bo na bycie porządnym człowiekiem po prostu mnie nie stać. A jak Wy?
28.12.2011
Naczelny Antyfacet Rzeczypospolitej Polskiej
Stare Wstępniaki – kliknij tutaj!