3Powrót (Teksty)

3Powrót (Wstęp)



WSTĘPNIAK

 Niniejszy dział zawiera impresje i refleksje wzbudzone przez bieżące wydarzenia.


LIPIEC 2009

 

Znów trochę się zaniedbałem z pisaniem Wstępniaka, lecz czuję się usprawiedliwiony: sporo się działo na froncie i niebawem opiszę to w dziale Antyfa 0. Niestety wiele spraw mi umyka: działy się szybko w czasie, gdy nie mogłem chwycić za klawiaturę.

Pani Nelly i mądrość kobiet

Pani Nelly Rokita jest dla mnie zagadką. Doskonale pasuje do drużyny polityków PiS-u, do której przyłączyła się, gdy spodziewano się tego raczej po jej mężu. Mimo przekręcania polszczyzny i nieco dziwnego akcentu, co chętnie jej wybaczam, potrafi posługiwać się typowymi dla tego ugrupowania demagogią i ogólnym krętactwem, nawet robiąc to z niejakim wdziękiem wynikającym zapewne z jej nieporadności językowej. Byłem zatem skłonny domniemywać, że pomimo wyborów politycznych i wartości, z którymi mi nie po drodze, nie brakuje jej mocy obliczeniowej w głowie, a cały wybór złej politycznej drogi to zagadka metafizyczna typu filozoficznego zapytania unde malum? Jednak niedawno ten obraz został zakłócony.

Po pierwsze brak tej pani instynktu samozachowawczego – mógłby jej podpowiedzieć, by nie chodzić tak często do Moniki Olejnik, skoro z każdym występem efekt coraz gorszy. Może to po prostu seria gorszych dni, należy odbyć letnią kanikułę, a jesienią będzie lepiej? Niestety, pani Nelly przychodzi do Kropki nad i na każde zawołanie i szkodzi sobie, swojej partii i chyba również siedzącemu w domu mężowi Janowi Marii. Czym najbardziej pani Nelly sobie zaszkodziła? W jednym z niedawnych wywiadów wygłosiła tezę, że każda kobieta jest mądra, potem dodając, że ta mądrość pojawia się wraz z urodzeniem dziecka. Zadzwoniło mi w głowie, że przecież są matki rodzące kolejne dziecko z wielkiej serii spłodzonej w pijanym widzie z kolejnym konkubentem, które nierzadko pozwalają męskiemu partnerowi zatłuc maleństwo z powodu zakłócania nieprzerwanej alkoholowej imprezy. Wg Nelly Rokity mamy więc w takiej sytuacji obecne obydwa składniki mądrości przyrodzonej kobietom: są dzieci, jest i intensywnie oraz heteroseksualnie używana kobiecość. Mądrości jednakowoż w takim stylu życia raczej nie widać, no chyba że jest ona bardzo głęboko ukryta... Nelly wkrótce dopowiedziała, częściowo dokopując samej sobie, częściowo Monice Olejnik i dość licznej rzeszy polskich kobiet, że rodzina z jednym tylko dzieckiem nie jest prawdziwa czy pełna albo poprawna (cytuję z pamięci). Tym samym ustawiła samą siebie w pozycji pozwalającej zarzucić jej niedostatek tej mądrości mającej przychodzić wraz z kolejnym dzieckiem sprowadzonym na ten świat.

Ale karnawał Nelly trwał dalej. Może ze dwa tygodnie później wystąpiła ze swymi tezami o in vitro. Tu dowiedzieliśmy się, że bezpłodność to w ogóle nie choroba, tylko jakiś chwilowy niedostatek wynikający z życiowego stresu, z zabiegania. Pani Nelly sformułowała radę: trzeba poświęcić sobie więcej czasu, wyjechać na wakacje, zrobić romantyczną kolację przy świecach, i sprawy pójdą naprzód. A nie tam babrać się w jakąś paskudną ciapraninę z wydzielinami na laboratoryjnym szkiełku i zapasowymi zygotami w ciekłym azocie. Wprawdzie parę zdań później Nelly wspomniała o niepłodności jako chorobie, ale nie bądźmy małostkowi: to tylko ta malownicza nieporadność językowa, która w żadnym wypadku nie podważa (bez)sensu całości. Pani Nelly znalazła też przyczynę bezpłodności popychającej ludzi ku in vitro: otóż wynika to z... aborcji! Okazuje się, że najwidoczniej ci, co sztucznie chcą sobie zainicjować ciążę, wcześniej ją przerwali, ot szto. Nie majstrowaliby przy rzeczach, które sam Bóg rozstrzyga, a organy działałyby jak szwajcarski zegarek przy świecach. Tak więc, chyba niewielkim kosztem (czy politykom daje się honorarium za taki występ?) dostał TVN-24 super-kawałek, który już od następnego dnia zaczął swoje nowe życie: ukoronowaniem był tekst prof. Magdaleny Środy zapowiadający, że po kolacji przy świecach, jeśli dobrze pomnę, z posłanką Jarugą-Nowacką, spodziewają się za 9 miesięcy dzieciątka. Wynika z tego, że Nelly Rokita nie wyobraża sobie, że ci wszyscy, którzy po in vitro sięgają, wcześniej zdołali już nieraz spojrzeć sobie w oczy przy świecach, że dopiero gdy romantycznie, może nawet z modlitwą poprzedzającą grę wstępną, acz całymi latami bezskutecznie w sypialni realizowali nawet sowicie przez księdza pokropione akty małżeńskie (to po katolicku tyle co stosunek płciowy), połapali się, że coś tu nie gra i wbrew kulturowemu wstydowi zdecydowali się iść po pomoc do lekarza. Nelly Rokita nie wie pewnie, że zdarzają się niedrożne jajowody, albo mężczyźni, tacy ze wszech miar prawdziwi: spodniowi, skarpetowi, itp., lecz o tak rozrzedzonej lub mało żywotnej spermie, że bez medycznych machlojek w szkle ani rusz. Tym samym dała małżonka Jana Marii Rokity pokaz, jak wiele jej do mądrości brakuje, i to bynajmniej nie z powodu niedostatecznej liczby potomstwa. Chyba że słowa pani Rokitowej rozumieć należy w sposób mistyczny: dopóki na świecie jest aborcja i antykoncepcja, Bóg postanawia udzielić niektórym parom trudnego „daru” niepłodności i nie troszczy się, żeby dokładnie te pary pokrywały się z osobami dopuszczającymi się aborcji lub „zamknięcia na dar życia” przez antykoncepcję. Czyli zachodziłaby tu odpowiedzialność zbiorowa – coś podobnego jak interpretacja tsunami jako bożej kary za usługi dla turystów seksualnych.

Aha, sam byłbym skłonny, podobnie jak poeta Robert Stiller (wywiad w Wysokich Obcasach z 11.07.09), zgodzić się, że kobiety są mądrzejsze od mężczyzn, albo przynajmniej chytrzejsze, i tym samym lepiej dostosowane do życia, ergo warto przejmować co lepsze kawałki z żeńskiej roli płciowej. W końcu dbałość o dobrostan ciała-którym-się-jest, niewszczynanie bójek i wojen, większe zasoby empatii i skłonność do rozwiązywania konfliktów przez negocjacje oraz odpowiedzialne ograniczanie płodności do liczby potomstwa, którą realistycznie da się wychować, to kilka z cech przypisywanych osobom żeńskim przez stereotyp oraz powierzchowną obserwację, i stanowiących zaprzeczenie toksycznej i ekspansywnej męskiej roli płciowej. Statystycznie zatem osoby żeńskie zapewne są ludźmi wyższej kategorii, wbrew patriarchalnej ideologii każącej uznawać atrybuty żeńskie za niższe od męskich. Widać jednak gołym okiem, że sam fakt przynależności osobniczej do żeńskiej płci niczego nie gwarantuje. Kobiety-matołki o prymitywnym intelekcie istnieją, tak samo jak baaardzo subtelni mężczyźni. Dlatego też niegodziwym jest, że najbardziej prostacka osoba żeńska może za pomocą ubioru i kosmetyków zrobić z siebie surrealistycznie anielskie bóstwo, a najbardziej szlachetna nawet i subtelna osoba męska ma powinność wyglądania jak robociarz (nie mylić z pracownikiem fizycznym!) lub wojowniczek. Ot taka antyfacetowska puenta.

Cudowne ocalenie?

W sobotę 11.07. pojawił się w Onecie.pl tekst o gonitwie byków w hiszpańskim mieście Pampeluna. Nie byłoby w tym nic szczególnego – co roku o tej porze o tym piszą. Tytuł jednak: „Mężczyzna cudem uniknął nadziania na róg byka” skłonił mnie do rozważań intensywniej niż zwykłe doniesienia o tej żenującej praktyce.

Z tego wynikałoby, że w ochronę męskich matołów przed rogami i kopytami byków zaangażowane są czynniki metafizyczne, a konkretnie Bóg wg katolickich wyobrażeń – w końcu to Hiszpania. Boga tego wyznawcy identyfikują z miłością i widzą w nim patrona wszelkich wartości. Co więcej, w tym marnym hiszpańskim mieście gonitwy byków po ulicach i wieczorne ich zadręczanie na arenie corridy dedykowane jest katolickiemu świętemu: niejakiemu Ferminowi. Zadałem więc sobie trud, by stwierdzić, co to za idiota lub zakała ludzkości była [:)], skoro w taki sposób jest celebrowany i nic nie zrobił, by proceder ten ukrócić: biorąc tę doktrynę religijną poważnie trzeba wierzyć, iż święci przecież wciąż żyją, i na pewno, jeśli Bóg pozwoli, mogą co nieco objawiać maluczkim żyjącym na doczesnym świecie, by nie wspomnieć o samym najwyższym Bogu, który też niejedno miał objawić wybrańcom na przestrzeni dziejów po dokonaniu żywota przez Jezusa. Wg notki znalezionej na portalu Gazety Wyborczej był to członek nowo pozyskanej dla chrześcijaństwa rzymskiej rodziny z III w. n. e., który po przyjęciu chrztu został misjonarzem głoszącym kazania we Francji, a tam został ścięty. I najwidoczniej nie ma on nic przeciwko uświetnianiu swego święta przelewaniem krwi niewinnych zwierząt, uprzednio perfidnie zmaltretowanych ku uciesze oglądającej to hołoty. Zresztą, czegóż oczekiwać po mieszkańcu późno antycznego Rzymu? Tam okrutne barbarzyństwo było na porządku dziennym, a obcowanie w niebiosach z innymi świętymi i samym Bogiem najwidoczniej nie wpłynęło na rozwój mentalności Fermina.

Niedawno znowu zajrzałem do Onetu.pl, żeby uściślić parę faktów o komentarzu sprzed dwóch dni i rozweseliłem się: oto wisi tam doniesienie o śmierci jednego z uczestników tejże gonitwy, z uporem seryjnego mordercy prowadzonej od 6 lipca przez 9 dni. Wreszcie dokonał się maleńki okruch sprawiedliwości: upadły przedstawiciel dwunożnej małpy uważającej siebie za „dziecko boże” i zarazem za pana tego świata upoważnionego do rozstawiania po kątach wszystkich innych prawowicie mieszkających tu gatunków został potraktowany stosownie do swej podłości, wynikającej z zalania męskiego mózgu toksycznymi hormonami, z powodu których toto nie ma za grosz empatii, a rozsiewanie zniszczenia i cierpienia wokół siebie go pociąga. Pociecha w tym wprawdzie niewielka, bo skoro brak dalszej wiadomości o śmierci torreadora, znaczy to niechybnie, iż 515-kilogramowy byk o imieniu Cappuccino* zmarł zadręczony na arenie tego samego dnia. Niestety, śmiertelne wypadki torreadorów należą do rzadkości: najperfidniejsze stworzenie świata, homo sapiens (?), opanowało technologię pozbawiania swoich ofiar mocy obronnej: ból i obrzęk karku podziurawionego wiszących na nim za haczyki kolorowych tyczek ogranicza możliwość elastycznego ruszania głową zaopatrzoną w rogi, ergo naturalna broń byka przestaje być użyteczną. „Walkę” niemal zawsze wygrywa menda.

Durnym mężczyzną, który na rogi byka dostał się tego roku był Hiszpan, niejaki Daniel Jimeno Romero, a ratowali go z użyciem najnowocześniejszych środków chirurdzy w Nawarze, pewnie na koszt hiszpańskiej ubezpieczalni, czyli na koszt wszystkich pracujących obywateli. A przecież zmarły nie był chłopczykiem idącym ze skrzypcami pod pachą na lekcję przypadkowo wpadłym na rogi byka, który sam tam przybył, by z nienawiści do ludzi traktować ich rogami. To był idiota zasługujący na tę przewrotną nagrodę darwinowską dla osobników samodzielnie eliminujących się z życia przez głupotę własną, któremu zarówno brakowało szacunku dla zwierzęcia i jego prawa do życia oraz cielesnego dobrostanu, jak i dla własnego zdrowia – on przybył tam dobrowolnie jak kibol na ustawkę! Szukał mocnych wrażeń i je dostał. Poniekąd bardziej dydaktycznie byłoby, gdyby mu poskładali chirurdzy te porozrywane organy wewnętrzne i gdyby spędził w szpitalu kilka miesięcy, a potem już na zawsze miał przetrącone zdrowie – mózgi zatrute ideologią męskiej kultury tylko na przykładzie własnego długotrwałego cierpienia potrafią zrozumieć co nieco o tym, co wynika z tak pociągającej je agresji. Ale fizyczna autoeliminacja jednego nikczemnego głupca to też krok naprzód. Ciekawe, czy wpłynie to na następnych? Na razie mówią o rosnącej popularności wśród turystów tego podłego miasta, rozsławionego przez literacko utalentowanego głupca Hemingwaya. Tak więc Pampeluna ma zapewnioną przyszłość – jako żywy dowód nieistnienia Ducha Świętego.

--------

* Cóż za perwersja: latynoscy kaci nadają imiona zwierzęcym ofiarom ich rytualnego mordu, czyli jakoby nie traktują ich jak RZECZY, ale jak PODMIOTY! Oni muszą zabić KOGOŚ – rozerwanie na strzępy plastikowego fantomu by ich nie zadowoliło! A z kolei „etyka” katolicyzmu, który przez wieki dominacji nad Hiszpanami nie dostrzegł w corridzie i innych podobnych „zabawach” zbrodni ani nawet problemu, uznaje zwierzęta za RZECZY właśnie, odmawiając im posiadania „duszy”. A torreadorzy to niby ją mają?

12.07.09

SIERPIEŃ 2009

Po prostu M jak miłość

To było jak w M jak miłość: wszystko poszło nie tak. On – Gerhard, posiadacz wyższych, Aryjskich i Germańskich genów (choć w owych czasach o genach wiedziano niewiele – wtedy mówiło się o krwi, jak o koniach wśród hodowców). Ona – Bronka, z genami niższej rangi, bo zaledwie słowiańskimi. Trafiła do domu niemieckich gospodarzy jako robotnica przymusowa, a tam Gerhard, nieślubne i cokolwiek odrzucone dziecko, znalazło w niej bliską duszę. Matka Gerharda też nie była bez winy: zamiast karmić robotnicę gdzieś w komórce, na uboczu – ona jej dawała jeść przy wspólnym stole, wśród ludzi, wówczas – Nadludzi. Sąsiedzi życzliwie ostrzegali – wiedzieli, że to nie może się dobrze skończyć, a widzieli wiele z tego, co Gerhard i Bronka robili razem w polu. Ale to nie oni sypnęli, lecz dziadek, cokolwiek zły, że wnuk nie za bardzo słucha się go odnośnie prowadzenia gospodarki. No i któregoś dnia stało się. Niczym drużbowie przed weselnym domem, wyprężeni i co chwilę w napięciu spoglądający na zegarek jak przed wyjściem młodej pary do kościoła, u bramy pojawili się: urzędnik wioskowego NSDAP, policjancik, fajdoląca jakieś wojskowe marsze dziecięca orkiestra dęta Hitlerjugend i kilku entuzjastów spontanicznie okraszających początkowo cokolwiek drętwą, urzędową scenę przez siebie chyba wymyślonymi szykanami wobec kochanków. Był też zaaferowany fotograf kicający przed uczestnikami wydarzenia, żeby nic z niego nie uronić, i kamerzysta (poza kadrem), któremu zawdzięczamy tych kilka ujęć z przeprowadzenia przez Ścinawę Górną (dzisiejsza nazwa) kochanków-dewiantów.

A przecież nie od dziś wiadomo, że mieszanie ras śmierdzi. W filmie jednak nie od razu było to oczywiste. Po pierwsze, kochankowie znoszą swe udręczenie z pełnymi godności kamiennymi twarzami – widz mógłby pomyśleć, że przebywają w jakimś wyższym świecie, gdzie drwiny gawiedzi nie dochodzą. Po drugie, Bronka wygląda całkiem-całkiem – gdyby nie te marne, słowiańskie geny można by w ogóle nie dziwić się, że wpadła w oko Gerhardowi. Dlatego w ramach ceremonii trzeba było wykazać całą ohydę ich związku i zrobili to entuzjaści obcinając kochankom włosy i dodatkowo posypując ich czymś białym (chyba mąką) podczas procedury. Gdy oboje stali się już łysi jak dziś skinheadzi i z poszturchiwaniem zostali przeprowadzeni przez wieś, stało się oczywistym, że ich miłość była zła.

Potem sprawa potoczyła się już suchym trybem urzędowym. Bronka trafiła do obozu koncentracyjnego i ślad po niej się urwał. Zdrajca Gerhard otrzymał szansę odkupienia swych win przed ach! Narodem na froncie wschodnim i w pełni z niej skorzystał. Wrócił z przestrzelonym płucem i nie pożył już potem długo. Ponownie widzimy, że zła miłość kończy się źle.

A jak to jest ze złą miłością dzisiaj, prawie siedem dekad od tamtych wydarzeń? Mieszanie ras nadal śmierdzi – możemy o tym przeczytać nie tylko na NOP-owskich wlepkach w tramwajach. Niejeden czarnuch studiujący w Polsce oberwał za przystawianie się do polskiej dziewczyny, a taka stanowi przecież ach! Dobro Narodowe i nie może oddawać się byle komu. I słusznie. W końcu, nawet gdyby dzieci zrodzone z takiego związku wychowano po polsku, to jak tu spokojnie patrzeć, że mają polskie obywatelstwo, powołuje się je do polskiej armii, a one na dodatek mówią po polsku czasem lepiej od prawdziwych rodowodowych Polaków i jeszcze uważają, że Polska to ich kraj i że mają tutaj jakieś prawa?! Na przykładzie mieszania się z Czarnymi widać całą niestosowność procederu. Jak tu potem sobie wytłumaczyć, który asfalt jest do bicia, a który swój? I skoro dzieje ludzkości są areną walki ras (praw Natury się nie zmieni!), to jak tu twardo walczyć, skoro niektórzy ziomkowie też zupełnie nie są biali, mogą nawet być niezłymi kumplami, a przecież stanowią piątą kolumnę wrogiej, obcej, rasy na naszych tyłach?! A z Żydami to kłopot jeszcze gorszy – czasem to nawet z ich wyglądu nie widać, że są tutaj obcy. Tak potrafią się zakamuflować!

W ogóle w miłości mieszanie wszystkiego śmierdzi. Weźmy na przykład kochanków ze zbyt odległych kategorii wiekowych. Tacy to nieraz potrafią połączyć się wbrew radom swych zatroskanych rodzin i dobrych przyjaciół lub przyjaciółek, posiadających już niejaką życiową mądrość. Ogarnięci ślepą miłością potrafią zrobić to wręcz na przekór całemu światu! Jeszcze dopóki nie ma z tego dzieci, to można by nawet przymknąć oko. Jeśli starsza strona bajecznie jest majętna – jeszcze można to zrozumieć. Ale jeśli będą z tego dzieci?! Co potem mają te ich biedne dzieci zrobić, gdy nad kołyską widzą dziadka, któremu trzeba mówić tato! Albo gdy w roli mamy mają babcię! I jak z takimi starymi starymi pokazać się przed ludźmi? Pomyślmy też nad losem dzieci zmieszanych kolorowo. Załóżmy, że, rzucając się w oczy, już w przedszkolu zostaną nazwane asfaltami albo azjatyckimi kukiełkami. Albo przy ołtarzu ksiądz podobny do Rydzyka dobrodusznie się zapyta, gdzie się tak ubrudziły, no bo tak przecież wyglądają? Jak można tak krzywdzić dzieci? I jak taka rodzina ma funkcjonować, skoro na każdym kroku potykać się będzie o trudności – ona może się wkrótce rozpaść: wszak ludzie nie są z żelaza! A tam, gdzie Rodzina słaba to i Naród niezbyt mocny!

I jeszcze przeróżni inni dewianci, wrażliwcy, artyści i dziwacy wszelacy – ci to wraz z genami gotowi są na dzieci przenieść swoje wzorce dziwaczne poglądy, wzorce zachowań i nawet niewiarę w Boga! I co ma ludzkość potem zrobić, jak stale ktoś jej wymyśla coś nowego, zamiast dać jej żyć spokojnie, po staremu, w świecie wyobrażeń ukształtowanym raz na zawsze przed wiekami, gdzie jedyną mile widzianą innowacją są nowe modele aut i telefonów komórkowych?! Dziwaków koniecznie trzymać trzeba z dala od maszyn reprodukcyjnych, czyli normalnych kobiet. I nie po to tylko, by uniknąć zrobienia krzywdy dzieciom niepasującym do reszty. Jest coś jeszcze gorszego: ci wszyscy mniejszościowi odmieńcy potem terroryzują normalną większość, wymuszając dla siebie tolerancję, a nawet życzliwość!!! Jak się im pozwoli spokojnie żyć, może się okazać, że nie są tacy źli, mają jakieś użyteczne talenty, a degradacja społeczeństwa po cichu postępuje – przestajemy być zwartą, jednolitą armią! A co w tym wszystkim najgorsze, z czasem, jak po równi pochyłej ten tolerancjonizm mógłby objąć wszystkich, nawet Żydów i Czarnuchów! A przecież i bez tego życie jest dość ciężkie.

Groza! Groza! Zaiste brak jest obecnie odpowiednich instytucji i działaczy do wybijania ludziom z głów niedobrych i niemających szans powodzenia związków zanim jest za późno. Czasem tylko, narażając się na sankcje karne, jakieś zabłąkane komando skinheadów-czyścicieli zrobi gdzieś porządek, ale to przecież zdecydowanie za mało. W końcu zawsze lepiej zapobiegać, aniżeli leczyć, nieprawdaż?

Po obejrzeniu powtórnej emisji: „Zakazana miłość. Historia Bronki i Gerharda”, niem., reż. Marek Tomasz Pawłowski, TVP Kultura, 1.08.09

GRUDZIEŃ 2009

I znów nic

Przeczytałem w świątecznej Polityce wywiad z Johnem Polkinghornem – pewnym fizykiem, który został (także) teologiem, tyle że dość uśmiechniętym, bo protestanckim („Upadek w górę”, nr 51/52). Jest to zawsze trochę dziwne, gdy znawca fizyki przechodzi ku metafizyce, ale w końcu można zrozumieć pogląd, że jest jakaś tajemnica w uporczywym trwaniu Bytu i sposobie istnienia lub pochodzeniu Praw Przyrody, albo w kwestii, co istniało przed osobliwością, z której Wielki Wybuch – namacalny początek naszej historii. I można idpowiadać na te wszystkie problemy Bogiem, jakąś mityczną i mistyczną osobą, która nie podlega prawom fizyki, nie wymaga przyczyny własnej, ani nie rozkłada się z upływem czasu, czyli która sama w sobie jest tą nieprzeniknioną Osobliwością. Moim jednak zdaniem nie jest to rozwiązanie żadnych istotnych pytań, lecz raczej projekcją na otaczający nas świat i jego tajemnice naszego przyzwyczajenia do obcowania z sobie podobnymi osobami. Wszystko, czego nie potrafimy wyjaśnić za pomocą matematycznych wzorów potwierdzonych eksperymentem zlepiamy w kompozytową kulkę i nazywamy „Bóg” – byt z założenia dla nas niepojęty, i odtąd niby wszystko jasne. Pod warunkiem, że umówimy się, że jej przymiotów nie uznajemy za wewnętrznie sprzeczne lub niemożliwe. A w szczegółowych sprawach dotyczących życia pozostaje nam słuchać duchownych. Najlepiej bezkrytycznie – i jesteśmy ugotowani. Na szczęście są też fizycy i kosmologowie rozważający (i to z matematyczną podbudową) koncepcje przestrzeni o większej liczbie wymiarów lub złożonej ze strun drgających wielowymiarowo, i którzy dają szansę wyjaśnienia kontekstu, w którym to, co nazywamy Wielkim Wybuchem miało miejsce, albo po prostu miejscami się zdarza, generując liczne Wszechświaty podobne do naszego albo i niepodobne. Ta sprawa zapewne na zawsze nierozstrzygniętą pozostanie i każdy ma prawo do własnego zdania. Choć w Polsce niekoniecznie...

Polemizowałbym natomiast z ogólnym szalenie entuzjastycznym nastawieniem fizyka i teologa Johna Polkinghorna do faktu, że Wszechświat raczej istnieje lub nie, że prawa przyrody są takie właśnie, jakie są, i że my pojawiliśmy się jako produkt ewolucji. Pan Polkinghorn widzi w tym przejaw bożej miłości: że sprawił, iż rzeczywistość nie jest zdeterminowana raz na zawsze, że rozwija się w nas, że jesteśmy wolni i nawet sam Bóg jest zaskakiwany tym, co się może zdarzyć. Że niby jesteśmy uczestnikami wielkiego Dzieła Stworzenia, a fakt, że trochę nas to kosztuje, bo część mutacji potrzebnych do napędzenia ewolucji prowadzi do nowotworów i wad degradujących życie, trzeba zaakceptować, bo i tak jest pięknie, a po śmierci będzie jeszcze lepiej. Podoba mi się, że przynajmniej John Polkinghorn nie podtrzymuje wiary w niematerialną mityczną duszę, a wyobraża sobie coś rozsądniejszego, a mianowicie jakiś informacyjny zapis doznań tworzących naszą tożsamość prowadzony przez Boga. Ale wróćmy do tego zachwytu nad podtrzymywaniem istnienia świata przez Boga poprzez prawa przyrody, jakie mozolnie odkrywamy. Do odczucia, że pojawienie się we Wszechświecie życia, to „szczęśliwy zbieg okoliczności”.

Zacznijmy od tego, że życie nie ma sensu: jest w najlepszym razie sensem samym w sobie, a polegającym na dążeniu molekuł i ich złożonych układów, czyli organizmów, do powielania samych siebie, co wynikło automatycznie z nasycenia pierwotnego środowiska kopiującymi się molekułami, gdy wśród nich wyłoniły się te agresywniejsze, czyli efektywniej łapiące energię i pożerające pasywnych sąsiadów, by zsyntetyzować więcej kopii własnych. Odkąd zaczął się ten obłędny wyścig zbrojeń, pojawił się też mechanizm motywujący układy molekuł uczestniczące w grze o materiały i energię do ulepszania siebie, na przekór konkurentom, co uruchomiło antyentropijny trend ku komplikacji struktur. Jeśli proces, w którym jedni polują na drugich miał być przez Kogoś wymyślony, to czyż nie jest taki Stwórca okrutnym psychopatą? No i jeśli taki Stwórca stwarza warunki, w których choćby krótkoterminowo opłaca się działać na szkodę bliźniego i nie interweniuje, gdy faktycznie to się dzieje, to czyż nie ponosi odpowiedzialności nawet wyższej od podmiotów działających w takim kontekście i popełniających zbrodnie? A w szerszej skali: po co Wszechświatowi życie i świadomość, skoro jest tylko brutalną kotłowaniną materii i energii? Czy większa satysfakcja jest z mielenia żywych: czujących a także myślących obiektów? Gdzie tu ta absolutna miłość? Dlatego zaistnienie warunków dla powstania życia to raczej porażka Wszechświata, wypadek przy pracy – znacznie lepiej, by kataklizmy w rodzaju upadków meteorytów, pożerania planet przez pęczniejące gwiazdy albo wypiekanie w lawinie zabójczego promieniowania z wybuchu supernowych dotyczyły co najwyżej martwych kamieni, którym bez układu nerwowego obojętne, czy na piasek zmielone zostaną czy od razu na czarną dziurę. Ludziom najwidoczniej odbiła szajba na punkcie swojego znaczenia dla Wszechświata. Już w średniowieczu ta postawa gatunkowej dumy zawarta była w geocentrycznej wizji Wszechświata, którą brutalnie popsuł Kopernik, wykazując, że wokół Ziemi krąży co najwyżej Księżyc. Trauma pozostała, z czasem pogłębił ją Darwin, wykazując, że jesteśmy tylko jednym z gatunków wyrosłych w procesie nieukierunkowanej ewolucji. Gatunkowym supremacjonistom dramatycznie brakowało czegoś ku pokrzepieniu sfrustrowanych serc. No i wymyślono, tzw. zasadę antropiczną, wg której wszystkie stałe fizyczne, których wartości wydają się na obecnym stanie wiedzy dobrane arbitralnie, służyć miałyby stworzeniu Wszechświata, w którym nasze pojawienie się będzie możliwe albo wręcz nieuniknione. Czyli obecność takiej dwunożnej małpy, która potrafi myśleć o przyszłości i przeszłości oraz (czasami) komunikować abstrakcyjne przekazy, miałaby być w takim ujęciu wręcz celem istnienia Wszechświata. Dorobiono nawet mistyczną ideologię o potrzebie istnienia „obserwatora”, który powodowałby redukcję funkcji falowej jak w mentalnym eksperymencie Schroedingera, i tym samym umożliwiać zjawiskom kwantowym zachodzenie. Jak gdyby nie potrafiły one zachodzić same – bez naszej obserwacji i obecności w ogóle... Dlatego lepiej, żebyśmy znali miarę: porównajmy sobie wielkość Wszechświata z naszą małą planetką i sprawami, na które mamy jakikolwiek wpływ. Gdyby jakiś rozumny Stwórca miał coś tak wielkiego wygenerować po to tylko, by pojawiły się lokalne i dość wredne robaczki w rodzaju nas, byłoby to kolosalne marnotrawstwo, no i okrucieństwo, zważywszy ogrom cierpienia wszelkich istniejących w śmiertelnym życiu podmiotów: dziko żyjących, nas samych, i nieszczęsnych ofiar, które wpadły w nasze łapy... A wspomnijmy o najwidoczniej zmierzającym do nieskończoności rejestrze okrutnych chorób zagrażających nam, którzy wyzwolili się z naturalnej kontroli populacji sprawowanej przez drapieżniki... Wtedy ukaże się, jak tandetnymi organizmami jesteśmy, bynajmniej nie zaprogramowanymi na długie trwanie. Po prostu gdziekolwiek spojrzymy, widać porażkę. Absolutną porażkę, porażkę domniemanego Absolutu. Tak więc obojętnie, czy przemawia teolog z ludzką twarzą czy religijny zakutogłowy fundamentalista – znowu nic. Wciąż nie udaje się wymyślić Dobrego Boga.

28.12.09

KWIECIEŃ 2010

Wielkanocna beznadzieja

Coś nie tak było już w Prima Aprilis – jeśli się mylę, niech mnie ktoś poprawi, ale mam wrażenie, że w TVN-owskich wieczornych Faktach zupełnie nie było primaaprilisowego żartu. Jeśli mam rację, to coś niedobrego dzieje się z naszym krajem – chyba dryfujemy ku statusowi ogólnoeuropejskiego domu rekolekcyjnego, gdzie z ponurą, acz szalenie uwzniośloną twarzą pokazujemy wszystkim naokoło, jak się poprawnie cierpi i umiera, i to staje się naszym głównym towarem eksportowym. Bo 2 kwietnia, co zbiegło się z Wielkim Piątkiem, niczego innego w mediach się nie uświadczyło. Nic tylko Ojciec Święty to, Ojciec Święty tamto i tak na okrągło, a na swoisty deser TVN-24 wyjątkowo pokazało program Szymona Hołowni z kanału Religia Ludzie na walizkach, gdzie gospodarz, w odróżnieniu od rozmowy ze mną, nawet nie próbował sobie dworować z gościa programu. A gościem tym razem była pewna pani, na którą nieszczęścia życiowe sypały się jak gratyfikacje finansowe na odchodzących, a nasadzonych z politycznego klucza, prezesów publicznej telewizji, czyli obficie. Otóż pani ta urodziła dziecko, którego życie już od urodzenia wisiało na włosku (nazwy choroby nie zapamiętałem). Potem zdiagnozowano u niej samej raka bodajże jelita grubego, który wkrótce przerzucił się też na kości. Równocześnie z masakryczną terapią tegoż raka dowiedziała się, że kolejne spośród jej dzieci ma białaczkę. Szymon Hołownia jak urzeczony wysłuchiwał kolejnych odsłon opowiadanego dramatu, w którym pojawił się dodatkowy motyw jakiejś zakonnicy z rodziny bohaterki, która przed jej porodem tego najnowszego i dość poszkodowanego dziecka wystąpiła z niemal proroczym napomnieniem, aby cokolwiek się zdarzy, przyjęła to jako „dar od Boga”. Przedmiotem katolickiego podziwu gospodarza programu było, że pani ta tak wiele przyjęła tych rujnujących życie „darów” bożych i wciąż nie zbuntowała się, nie straciła wiary, lecz tak niemal już z przyzwyczajenia i prawie sportowo przyjmuje każdy kolejny hiobowy cios, wierząc, że skoro Bóg kogoś doświadcza, to znaczy, że wie, kto ile wytrzyma. I jest w porzo. Patrząc i słuchając o mało nie dostałem niestrawności na całą Wielkanoc jeszcze u progu świętowania – tak mi się podroby zmiętosiły z bezsilności wobec tego przekazu, jakby reklamówki Grozy Bytu! W całym tym dyskursie oczywiście w najmniejszej aluzji nie pojawiła się opcja, żeby w razie czego uciec ku niebytowi przez eutanazję, albo że Bóg jakimś sadystą jest, który na kult i przymiotnik „miłosierny” nie zasługuje – po prostu jakaś niepojęta zmowa milczenia panuje na ten temat, może to też efekt operacji na umyśle dokonanej przy indoktrynacji religijnej, żeby automatycznie blokował się rozwój logicznej myśli ku „niewłaściwym” wnioskom prowadzącej. A przecież wystarczy rozwinąć trochę tę metaforę „bożego daru”: po pierwsze dar przyjmuje się dobrowolnie, więc jest jakaś możliwość uchylenia się od przyjęcia go, czego wszakże nie widać w odniesieniu do egzystencjalnych dramatów w rodzaju chorób, wypadków, krzywd doznanych od przestępców, którym Bóg nie przeszkadza w ich zbrodniczej działalności. Wyobraźmy sobie taki „dar”: oto przyjeżdża ciężarówka z kilkoma tonami gnijącej ryby, rozwala ci ogrodzenie i zrzuca ładunek na twój wypielęgnowany ogródek, a gdy chcesz łopatą zamierzyć się na kierowcę, który ci to zrobił, on z tajemniczą miną mówi, że przywiózł ci „dar” i nawet nie próbuj podskakiwać, bo się pogniewamy... Aha, zapomniałbym – przecież mamy te boże „dary” rujnujące nasze życie przyjmować, bo Bóg sam w osobie Jezusa z Nazaretu poświęcił się dla nas, pozwalając się zabić „za nasze grzechy”, stąd jakaś dziwna komunia cierpienia między nim a nami ma zachodzić. Istny, obłędny masochizm! To po co była ofiara Jezusa, niby za nas, skoro od cierpienia nas w najmniejszym stopniu nie uwalnia, a i Kościół (podobno) przez tegoż Jezusa założony, wcale nie dla żartu wciąż straszy karą piekła (choć teraz jakby dyskretniej)? To na co ta ofiara, skoro ani tu, ani tam niczego nam nie daje, żadnej ulgi nie gwarantuje?

Tak przy okazji, to zauważam dość utylitarystyczny i okrutny stosunek wyznawców chrześcijaństwa do głowy swojego kościoła, którą jest ten wcielony w ludzką postać cierpiący i podobno współczujący Bóg. Mam jeszcze w pamięci te radosne teksty kolęd, śpiewane parę miesięcy wcześniej, a w których podmiot liryczny naiwnie wyraża nadzieję i radość, że Jezus „wyzwoli” lud z niewoli grzechu, Szatana, i wszelkich właściwie bolączek egzystencji. Zakładam, że wyznawczy zauważyli dość szybko (to kwestia 2-3 miesięcy i powtarza się co roku), że to „wyzwolenie” czy „odkupienie” nas ma się dokonać w trybie makabrycznej męki, tedy radość, że „boże dziecię” się narodziło ma pewien kanibalistyczny podtekst: żaden z rozentuzjazmowanych chrześcijan nie powinien mieć złudzeń, że Jezus będzie miał życie szczęśliwe i spełnione pod każdym względem, np. że założy udany związek z Marią Magdaleną, dochowa się dziatek i wnuków, założy dobrze prosperujący związek wyznaniowy, cieszyć się będzie szacunkiem nawet swoich byłych nieprzyjaciół, wreszcie umrze śmiercią naturalną we własnym łóżku, najlepiej we śnie, tak jak sami sobie tego życzymy (gdy ochłoniemy od religijnego masochizmu). Czyli cała radość z narodzin Jezusa jest dość utylitarystyczna: tylko pod warunkiem, że w swoim czasie „zbawczą” mękę na naszą korzyść podejmie, bo bez tego byłby wyznawcom obojętny! To tak, jakby się cieszyć z urodzenia dziecka, które na organy wnet rozebrane będzie, albo w niewolę za długi rodziny sprzedane zostanie, zaś samo w sobie wartością żadną nie jest, i jego życiowa satysfakcja się nie liczy.

Tak w ogóle to żywot Jezusa do bardzo ponurej konkluzji prowadzi, a mianowicie, że aby cokolwiek zreformować w społeczeństwie, trzeba dać się zabić za swoją sprawę i ewentualnie zwyciężać dopiero zza grobu, po śmierci, co może Bogu wcielonemu (i zasadniczo niezniszczalnemu) odpowiada, lecz nie nam, ludziom, którzy swe życie i ciała traktować musimy jako jednorazówki. Jezus tylko chciał zreformować doktrynę religijną, być może założyć własną sektę, a skończył najgorzej jak tylko można było. Na szczęście ludzkość powoli rozwija się ku lepszemu: od tego czasu niejeden nawiedzeniec założył z powodzeniem sektę, odnogę większego kościoła i uszedł z życiem, nierzadko wmawiając swym wyznawcom własny status boski i czerpiąc z tego różne daleko idące świadczenia. W demokratycznych krajach nawet kontrowersyjni ekscentrycy i odmieńcy nie przegrywają procesów jak Jezus przed Piłatem, a dzięki wolnym mediom można nagłośnić sprawę, o którą się walczy i zgromadzić społeczne poparcie, zawstydzić władze o represyjnym nastawieniu, tudzież znaleźć stronników i współpracowników (w czym przoduje interaktywne medium – Internet). W gruncie rzeczy można też ogłosić się Mesjaszem i przekonać do tego spore audytorium, zaś w razie klęski bardziej prawdopodobne jest lądowanie w szpitalu psychiatrycznym niż na krzyżu. Gdyby każdy reformator miał przed sobą wyłącznie opcję poświadczenia swej wewnętrznej prawdy swoją krwią jak Jezus, i ja musiałbym szykować się do męczeństwa, co tym bardziej absurdalne byłoby, że zabiegam o prawo do dobrego, hedonistycznego, traktowania ciała-którym-jestem, pomimo przynależności do biologicznej płci męskiej, którą w naszej kulturze trzyma się krótko, bez zmysłowego rozpasania. Tymczasem JA po pierwsze – wybieram się KU ŻYCIU, a po wtóre – ku życiu UDANEMU I SPEŁNIONEMU, nie zaś ku cierpiętnictwu, katastrofie, ofierze itp. I jeżeli ten świat jest cokolwiek wart, musi mi się to udać, a paradygmat „płacenia” za wszystko, co chce się dla siebie i innych zdziałać lub za każde pozytywne zaznane w życiu doświadczenie, musi trafić na śmietnik!

Wróćmy jeszcze do niezdrowej fascynacji cierpieniem typowej dla chrześcijaństwa. Pamiętam, że podczas Wielkanocy w zeszłym roku, chyba właśnie w Faktach TVN też pokazywali materiał o cierpieniu, i wśród postaci dotkniętych nim wystąpiła pewna dość młoda pani, którą zaatakowało stwardnienie rozsiane, i wbrew obowiązującemu u nas modelowi pokornej akceptacji cierpienia, ona, jakkolwiek dość niewyraźnie, powiedziała coś o chęci „dokopania” Bogu, za to, co z jej życia zrobił – jestem wyczulony na takie akcenty, myślę więc, że zapamiętałem dobrze. Wreszcie pojawił się ktoś, kto nie wyznawał feudalnej postawy wobec Boga pogrywającego sobie z nami wedle swego kaprysu, kto pomimo poszkodowania, zachował swą godność, swój rozum, swój w pełni uzasadniony bunt, i pomimo zindoktrynowania religijną wizją świata, wyciągnął poprawne wnioski, czyli zachował swą podmiotowość – ona broniła swojej racji, swego interesu, i miała uczciwą świadomość doznania krzywdy, której sprawcą przy jej świecie przedstawień metafizycznych jest Bóg, i nikt tego nie zafałszuje. Użyję metafory zwierzęcej: psowie* zasadniczo dość uznają przywództwo (tzw.) człowieka, ale jest sfera, w której nawet ukochanemu panu albo pańci z reguły mieszać nie pozwalają: jest to psia miska. Jedzenie raz przez człowieka dane, jest własnością psa na zawsze, i w razie szperania, wyciągania z miski (nawet niekonsumpcyjnych resztek), pies dostaje cholery i jest gotów pogryźć osobę szperającą bez względu, kim ona dla niego jest. I to mi się podoba! Jako mimowolnie urodzeni tutaj uczestnicy życia, żadnych zobowiązań wobec ewentualnych Osób Metafizycznych nie zaciągamy – skoro tak, to wszelkie dobra w rodzaju dobrostanu naszych ciał i innych środków służących zaspokojeniu naszych potrzeb i szczęśliwej samorealizacji nam się NALEŻĄ jak psu kość, bo skoro nie zrodzono nas za karę, na złość, celem pognębienia nas, to MA nam tutaj być dobrze, a jeśli ktoś daje i odbiera, to się w piekle poniewiera, nieprawdaż? No ale to problem wierzących – ja jestem optymistą i skłaniam się ku poglądowi, że żadnego wrednego Boga nie ma, a po śmierci jest doskonała, rozkoszna pustka, taka jakiej doznawaliśmy przed urodzeniem i nikomu to nie przeszkadzało. Nie jest (całkiem) źle! Alleluja!

---------

*Nie podoba mi się polska deklinacja nazw zwierząt, umieszczająca Ich wśród rzeczy, chociaż nie we wszystkich słowiańskich językach tak być musi (por. czeski). Dlatego przynajmniej momentami podważam tę chamówkę!

5.04.10

Górnośląska smuta (gł.) męska

Kiszę się w rodzinnym mieście Tarnowskie Góry. Jakoś już przyzwyczajony jestem, że tutaj nie wolno mi normalnie wyglądać, więc pozostaje mi tylko cieszyć się, gdy pogoda jest marna, bo przynajmniej chodzenie w spodniolach i odpowiednio topornych butach nie wkurza mnie zanadto. Chodząc jednak po mieście za różnymi sprawami przyglądam się tutejszym młodym samcom. Osobnicy choć trochę fantazyjniej ufryzowani niemal się nie zdarzają – widzi się głównie model drechowego osiłka w wariancie łysym lub krótko ostrzyżonym, czasem z krótkimi kolcami uformowanymi z włosów. Wyraz twarzy też zwykle odpowiednio głupi: mieszanina wyzywającej pewności siebie i bezwarunkowego samozadowolenia. Podczas spaceru wokół pewnego zalewu w pobliżu miasta minąłem watahę takich trzech samców, którzy oczywiście swą prywatną rozmowę musieli prowadzić odpowiednio krzykliwie – stosownie do swego poczucia ważności. Poza tym była scenka rodzinna: łysawy masywny 30-40-letni tata, mama i ok. dwóch córek, z których starsza coś zgubiła, zapewne telefon komórkowy, i to był problem. Zapamiętałem tekścik tego taty: „Co wy tam pod włosami macie? Bo chyba zero mózgu.” No tak, on włosów prawie nie miał, ale rozum, że ho ho ho! Także samochód – wielkości niezłej barki Nissan Nawaro aż nadto oddawał wielkość i ważność swego pana. Co do „bezmózgowej” córci, to chodząc po swoich śladach z innym telefonem i dzwoniąc do zagubionego, w końcu chyba odnalazła go i tryumfalnie pobiegła z powrotem ku rodzinie pełnej ze wszech miar prawidłowych wzorców „męskości” i „kobiecości” oraz z przekazem dydaktycznym odnośnie tego, kto ma głowę do rzeczy (wraz z organami międzynożnymi), a kto nie. Aha, wśród wielu spacerujących par, gdzie wszyscy jak jeden mąż realizowali wzorzec żeńskiej rajstoponogiej laleczki i męskiego spodniowca, była też pani, która chyba zupełnie nie słyszała o wizualnych dobrodziejstwach depilacji i pod kremowymi przezroczystymi rajstopami ukazywała bogatą hodowlę owłosienia – najpierw wydawało się, że to rajstopy z takim moro-podobnym wzorkiem, ale jednak nie! Ot, Ślązaczka starej daty, której różne wariactwa nie w głowie.

5.04.10

Otwartość Pana Profesora – jeszcze potrzeba puknięcia i dalszych kilkudziesięciu stopni kątowych!

Moje czytelnictwo odbywa się skokowo i pakietowo, ale staram się nie tracić co ciekawszych rzeczy opublikowanych w czasopismach godnych uwagi. Tak więc musiałem trafić i na wywiad z prof. Kazimierzem Imielińskim w Polityce („Człowiek z seksmisją”, nr 4, 23.01.2010). Fragment rozmowy dotyczy szantażu, jakiemu poddany został Krzysztof Piesiewicz – znany adwokat, scenarzysta filmów K. Kieślowskiego i polityk, gdzie jednym z motywów mających go obciążyć, i który do mediów został ujawniony, był epizod, gdy bohater występuje w sukience. Kazimierz Imieliński przyznaje się, że: „w pierwszej sekundzie zareagowałem emocjonalnie, czyli niechętnie. Ale zaraz zdałem sobie sprawę, że powinienem puknąć się w głowę: Kaziu, przecież ty reagujesz jak typowy kołtun! Na senatora posypały się gromy, że jest dewiantem, a nie jest.” I następuje oświecony wykład o tym, że dewiantami są szantażyści pałający nadzieją na zaszkodzenie senatorowi przez ujawnienie tych epizodów, aż do miejsca: „Każdy ma prawo w domu lub podczas zabawy ubierać się, jak chce, jeśli to nikomu nie przeszkadza, a jemu sprawia przyjemność.” Obawiam się, że kołtuńska postawa znów dała o sobie znać: dlaczego tylko „w domu” albo „podczas zabawy”???? Czy poza domem i na poważnie – to już dewiacja? Albo jeśli komuś to „przeszkadza” – na przykład drechom? Czy wtedy to prawo nie działa? Prof. Imieliński podpiera ten wywód ewentualnością popełnienia przestępstwa „dzięki takiemu przebraniu”, ale przecież tylko w operze wystarczy przywdziać sukienkę, albo nawet same rękawiczki, by zmienić swą tożsamość nie do poznania. Trzeba temu Panu Profesorowi wytłumaczyć, że ubranie się w sukienkę do wyjścia poza dom i na poważnie NIE stanowi PRZEBRANIA, czyli nie prowadzi do ukrycia swej właściwej tożsamości, o ile nie towarzyszy temu totalna charakteryzacja na osobę żeńską laleczkowatego typu zupełnie niepodobną do męskopostaciowej wersji danej osoby. Ponadto trzeba wyjaśnić temu panu, że noszenie sukienek NIE jest zachowaniem seksualnym ani świadczącym o tożsamości płciowej, a także, że są dobre powody, by sukienki (i spódnice wraz z innymi akcesoriami) nosić, i to właśnie na co dzień, poza domem i w poważnym kontekście. Sugeruję pouczające spotkanie ze mną, przy czym zdjęcia będzie wolno mi robić, a szantażu nijakiego się nie obawiam. Trochę to dziwne, gdy ten sam Pan Profesor opowiada później o zmienności pojęcia normy w seksuologii i niedostatkach polskiego społeczeństwa na odcinku tolerancji dla odmienności. Cóż, lekarzu, Profesorze – lecz się sam!

Naczelny Antyfacet Rzeczypospolitej Polskiej



Stare Wstępniaki kliknij tutaj!