Z chmur
na
ziemię
Formalnie
żałoba narodowa po katastrofie pod Smoleńskiem dobiegła końca w
niedzielę 18.04, wraz z pogrzebem Marii i Lecha Kaczyńskich na
Wawelu. Faktycznie jednak, dla wielu Polaków nastrój
powagi i żalu został naruszony wcześniej. Bez dostępu do bogatszego
pakietu kanałów telewizyjnych polegałem na TVP Info, i
z niejakim opóźnieniem zauważyłem, że decyzja o pochowaniu
prezydenckiej pary na Wawelu wzbudziła kontrowersje, i to bynajmniej
nie tylko wśród anarchistycznych grupek wyrostków
organizujących manifestacje, lecz wśród osób będących
autorytetami w kraju ze względu na swoje ważne osiągnięcia w
dziedzinach, w których pracują. Dopiero, gdy zajrzałem na
internetową wersję Gazety Wyborczej, uświadomiłem sobie, że
na fali szczerego żalu i współczucia na tle tragicznej
śmierci prezydenta Kaczyńskiego i wszystkich innych ofiar tego lotu,
wszyscy daliśmy się ograć PiS-owi i Kościołowi katolickiemu.
Najwidoczniej, pomimo dojmującego smutku po śmierci brata, Jarosław
Kaczyński nie stracił nic ze swych parametrów zwierzęcia
politycznego, zdolnego do rozegrania na korzyść swej partii
absolutnie wszelkich okoliczności. Oczywiście nie bez znaczenia jest
też postawa nieujawnionych gremiów kościelnych: decyzja o
pochówku na Wawelu zapadła tak chyłkiem jak dokonuje się
wieszanie krzyży w państwowych instytucjach: nocą, bez najmniejszej
debaty z kimkolwiek. Tak jak ewentualne usunięcie takiego znaku
dominacji okrzyczane będzie histerycznie jako „atak na krzyż”,
również przedłużanie dyskusji o braku zasług kwalifikujących
Lecha Kaczyńskiego do miejsca wśród królów
obróciłoby się przeciwko krytykom tego aktu. Tak więc
złożenie zwłok prezydenta i małżonki na Wawelu nie zdążyło wzbudzić
we mnie niesmaku, bo gdy zauważyłem niestosowność tej idei, obóz
jej przeciwników zaprzestał polemik w tej sprawie, właśnie z
uwagi na czas żałoby i potrzebę wyciszenia konfliktów.
Trudno, PiS zdobył gola. Wokół tej sprawy zauważyłem pewien
dodatkowy zgrzyt: w jednej z relacji toczących się na okrągło była
rozmowa z jakimś przedstawicielem władz, chyba miejskich z Krakowa.
I człowiek ten stwierdził, że wszelkie te protesty uliczne przeciwko
umieszczeniu Kaczyńskich na Wawelu są „nielegalne”,
albowiem ich organizatorzy winni byli zgłosić zamiar zwołania
publicznego zgromadzenia na kilka dni wcześniej, a tego nie
uczynili. Pięknie! Może w ogóle przed katastrofą takie
zgłoszenie poczynić powinni, a wtedy władza łaskawie by się zgodziła
i nawet policjantów zapewniła... Ciekawe, że wszystkie te
spontaniczne zgromadzenia z paleniem zniczy, odmawianiem modlitw i
śpiewaniem hymnu oraz religijnych pieśni (z reguły strasznie
fałszywie!) mogły się odbyć BEZ ubiegania się ich organizatorów
o zgodę władz w odpowiednim terminie przed ich planowanym czasem
realizacji. A protest już nie! Intryguje mnie też, czy również
wszyscy inni prezydenci dostaną ofertę spoczęcia w wawelskich
kryptach – w końcu, w odróżnieniu od Lecha
Kaczyńskiego, inni prezydenci RP faktycznie uczestniczyli w wielkich
dla Polski wydarzeniach jak przykładowo przyjęcie nas do NATO i Unii
Europejskiej (Kwaśniewski), wyprowadzenie z Polski wojsk radzieckich
(Wałęsa), czy cicha współpraca prezydenta pochodzącego z
komunistycznych elit władzy podczas demontażu komunistycznego
państwa przez ekipę władzy zdominowaną przez Solidarność
(Jaruzelski). No ale żaden z nich nie był aż tak kościelny,
nieprawdaż? Może to jest klucz otwierający wawelskie wrota.
Ale
niechaj wrócę do mojego subiektywnego kresu żałoby: była nim
homilia, a właściwie: chamilia,
jak stwierdziłem, w wykonaniu arcybiskupa metropolity wrocławskiego
Mariana Gołębiewskiego (piątek, 16.04.2010, transmisja w lokalnym
paśmie TVP-Info). Oprócz passusów absolutnie
stosownych do okoliczności, były tam teksty zjadliwe pod adresem
dawnych krytyków prezydenta Kaczyńskiego, którzy w
obliczu jego śmierci okazywali żal, czyli „krokodyle łzy”.
Najwidoczniej ten Pan Biskup nie potrafi sobie wyobrazić, że są
ludzie, którzy wobec swego politycznego przeciwnika potrafią
okazać żal, gdy ten leży w trumnie martwy, poturbowany i opalony
pożarem z rozbitego samolotu. Widać, że biskup Gołębiewski nie
rozumie, że przynajmniej dla niektórych, polityczny
przeciwnik to nie wróg, lecz jedynie rywal w politycznej
grze, i że pomimo okazywanej w medialnych polemikach wzajemnej
agresji, możliwe jest być z rywalem na ty, a nawet iść z nim na
wódkę, stąd i żal po jego śmierci może być prawdziwy. Biskup
burzy się też, że oni: „za życia Lecha Kaczyńskiego nie
powiedzieli o nim dobrego słowa i przyszyli mu łatkę zaściankowości
i obskurantyzmu”. Nie przesadzajmy: tragiczna śmierć
prezydenta nie zmienia oceny jego linii politycznej i prezydentury:
prezydent Kaczyński faktycznie ośmieszał Polskę zaściankowymi
wypowiedziami i działaniami. Przykładowo nie rozumiał on nigdy, że
państwo jest wspólnotą polityczną WSZYSTKICH OBYWATELI RP,
więc ustawodawstwo tego kraju musi uwzględniać także inne
światopoglądy i systemy wartości niż katolicki, który
bynajmniej nie stanowi pakietu wartości ogólnoludzkich –
pamiętam, że podpisywałem szereg petycji w sprawie jego absurdalnych
wypowiedzi, np. „Nikt
nie będzie w Polsce przyjmował do wiadomości, że w szkołach nie
wolno wieszać krzyży, nie ma na co liczyć. Być może gdzie indziej
tak, ale w Polsce – NIE!”
o
jedynie chrześcijańskim systemie wartości narodu polskiego i
nierealności nadziei na rozdział państwa od kościoła, czym okrasił
jedno z przemówień na 11 listopada. A o jego bredniach na
temat „promocji homoseksualizmu”, podkopywania podstaw
„naszej” cywilizacji przez dążenia homoseksualistów
do prawnego rejestrowania związków partnerskich (które
również heteroseksualistom bywają przydatne) i zakazywaniu
parad i demonstracji, usprawiedliwianym obroną „moralności
publicznej”, gdy Lech Kaczyński był prezydentem Warszawy, to
długo by można opowiadać. Tylko przez wzgląd na majestat śmierci
oponenci prezydenta Kaczyńskiego postanowili raczej siedzieć cicho,
lecz jak inaczej nazwać takie poglądy niż właśnie obskurantyzmem?
Okazuje się jednak, że druga strona wykorzystuje tę taktowną ciszę
do kontrataku – posłuchajmy jeszcze takiego słowa
wrocławskiego arcybiskupa: „Po tej tragedii marzy mi się
polityka wolna od chorobliwej agresji i zaciekłości”. Tylko
kto tę „chorobliwą agresję i zaciekłość” praktykował?
Kto wyciągał haki na politycznych przeciwników,
fragmentaryczne ubeckie papiery wygrzebane z archiwów IPN,
kto podważał polskość i odsądzał od patriotycznych motywów
członków innych partii? Kto od dawna uprawia obraźliwą
demagogię, nazywając zwolenników zmiany polityki karnej
„frontem ochrony przestępców”? A kto słownie
piętnuje jako „cywilizację śmierci” zwolenników
zmiany obłędnej ustawy antyaborcyjnej lub chociażby domaga się jej
wykonywania, albo zabiega o wprowadzenie dobrowolnej eutanazji?
Jeśli biskup Gołębiewski pragnie zmian w kulturze dyskursu
politycznego w Polsce, to niech zacznie od własnej instytucji i jej
politycznych reprezentantów w rodzaju PiS i LPR. Niech też
pouczy p. Rydzyka odnośnie retoryki nienawiści, jaką stosuje na
okrągło, a przy okazji także odnośnie poprawnej polszczyzny. W
homilii tej było jeszcze coś: otóż arcybiskup Gołębiewski
pozwolił sobie postawić wszystkie krwawe dyktatury XX wieku w jednym
szeregu i stwierdzić, że są one rezultatem „odrzucenia Boga”
czy traktowania go „tak, jakby nie istniał”, co w jego
mniemaniu prostą drogą prowadzi do zbrodni. To trzeba w końcu nazwać
kościelnym kłamstwem i chamstwem. Panie Biskupie! Ja żyję „tak
jakby (pańskiego) Boga nie było” i jestem jak najbardziej W
PORZĄDKU! Być może popełniam jedną niegodziwość: jem mięso i
korzystam z osiągnięć nauk medycznych, które dokonano zadając
cierpienie zwierzętom. Ale to, zdaje się, Panu ani pańskiemu Bogu
nie przeszkadza, czyż nie? Dlatego, do cholery, proszę ludzi nie
obrażać, zwłaszcza publicznie, na placu pełnym ludzi przybyłych
wspólnie przeżyć smutny moment, z orkiestrą i chórem
wykonującymi doniosłą muzykę w rodzaju Requiem
Mozarta.
Taka mowa kłamstwa i judzenia nie licuje ani z oprawą żałobnego
nabożeństwa, ani z nastrojami ludzi przeżywających tragiczną stratę.
Radzę pouczyć się historii i dowiedzieć się o dyktaturach z Ameryki
Łacińskiej, które torturowały i „znikały” ludzi,
z Bogiem na ustach i asystą księży na ceremoniach. Wtedy było nawet
paru kapłanów sprawiedliwych – oni też „znikali”.
Widoczne
są też wysiłki na rzecz stworzenia mitu prezydenta Lecha
Kaczyńskiego jako niemal jedynego prawdziwego patrioty, co z jednej
strony ma stanowić uzasadnienie pochowania go na Wawelu, a z drugiej
ma być młotem na politycznych przeciwników PiS. Również
jego śmierć w lotniczej katastrofie przedstawiana jest jako
męczeństwo na rzecz prawdy historycznej lub bohaterstwo. Nie dajmy
się zwariować: śmierć w wypadku samolotu jest co najwyżej
nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności. Nie zapominajmy, że były tam
jeszcze 94 inne osoby, także z innych partii, i samolot, na
pokładzie którego wszyscy się znaleźli, po prostu okazał się
śmiertelną pułapką. Chcę wierzyć, że wyjazd Lecha Kaczyńskiego do
Katynia nie był wyłącznie realizacją ambicjonalnego dążenia, by parę
dni po ceremoniach z udziałem premiera Tuska, mieć własną. Staram
się wierzyć, że u podstaw tej śmiertelnej wycieczki leżała szczera
potrzeba złożenia hołdu ofiarom Katynia. Mogę uznać, że Lech
Kaczyński zginął szczególnie tragicznie, bo w czasie
spełniania swej publicznej funkcji, za co należy mu się pewna doza
szacunku. Ale NIE jest on z tego powodu bohaterem: nie jechał na
potyczkę z wrogiem, nie stawiał świadomie na szali żadnych swych
osobistych dóbr, które mógłby utracić w ramach
represji następujących po jakimś otwartym akcie nieposłuszeństwa
wobec autorytarnej władzy, nie zginął też ZA prawdę, bo nie leciał
ją udowadniać poprzez zgliszcza samolotu i popalone ciała jego
pasażerów. Prawda o Katyniu jest już znana, faktem jest, że
katastrofa ściągnęła trochę międzynarodowego zainteresowania, i że w
ramach przyjacielskich gestów ze strony władz Rosji, film
Andrzeja Wajdy o tej zbrodni sprzed 70 lat został powtórnie
pokazany w kanale o większej oglądalności niż początkowo. Jednak nie
znaczy to nic odnośnie bohaterstwa czy męczeństwa Lecha
Kaczyńskiego: brakuje intencjonalności aktu, a gdyby faktycznie
istniał zamysł wzmocnienia prawdy o zbrodni katyńskiej poprzez
rozbicie samolotu pod Smoleńskiem, byłby to obłęd i zbrodnia.
Skądinąd należy nam się wyjaśnienie ewentualnego wpływu Lecha
Kaczyńskiego i urzędników jego kancelarii na przebieg lotu i
zaplanowanie transportu na uroczystość; pamiętamy jego zachowanie
się podczas lotu do Gruzji. Przestrzegam więc nawiedzonych mistyków
przed doszukiwaniem się „sensu” tej katastrofy, a w
szczególności przed brednią, że „potrzebna” była
kolejna „ofiara” dla zwycięstwa prawdy. O wiele lepiej
byłoby nawet za kilka milionów dolarów wykupić płatne
ogłoszenia w światowej prasie, niż krwią i nieodwracalną stratą
ludzką kupić kilka dni uwagi mediów w czasie najwyższej
oglądalności. Dlatego tworzenie mitu prezydenta Kaczyńskiego jest
nadzwyczaj szkodliwe – cóż będzie, gdyby okazało się,
że wywierał on presję na pilotów, by za wszelką cenę lądowali
we mgle, oni ulegli, i ta cena została zapłacona? Czy taka prawda
niepasująca do bohaterskiego wizerunku zostanie zamieciona pod
dywan, a jedynymi winnymi katastrofy okażą się piloci? No nie,
polscy piloci też muszą być w porzo. Pozostaje więc spisek
Ruskich... Aha, jeśli brnąć w mistykę, to na całego. Może ten cały
islandzki wulkan to nic innego jak prychnięcie wawelskiego smoka na
wieść, kogo w jego grodzie chować będą? I nie dajmy się ogłupić na
litość: PiS nawet po stracie swych prominentnych członków
pozostaje partią szkodliwą, o złym programie politycznym i dość
nienawistnych charakterach jego działaczy i zwolenników, i
pod żadnym pozorem nie należy nań głosować. Wątek ten trzeba
rozwinąć.
Przy
okazji katastrofy Kościół miał istny festiwal swego
pogrzebowego ceremoniału – pomimo marginalnego uczestnictwa
duchownych innych religii i obrządków chrześcijańskich
pozostaje silne wrażenie katolickiego monopolu na te rzeczy.
Nasłuchaliśmy się tych formuł w dawce wystarczającej na
dziesięciolecie całe, i to za każdym razem w wersji najbardziej
rozbudowanej, dla wielkich tego świata. Zauważalna jest technologia
działania tych formuł: nawet najbardziej absurdalne myśli zaczynają
zapadać w psychikę przez powtarzanie po wielekroć w kontekście
sytuacyjnym, gdzie jedna strona mówi i śpiewa, a druga słucha
lub odśpiewuje rytualne odpowiedzi, a poza tym usta mając zamknięte,
choć wewnętrznie może burzyć się na zawartą w tych liturgicznych
kawałkach treść. Na tym mechanizmie bazuje chyba religia w ogóle
– gdyby nie ciągłe powtarzanie i wpływ dekoracji na uczucia,
nader często zwyciężałby trzeźwy krytycyzm wobec indoktrynującego
przekazu. Tak więc nikt nawet nie bąknął, że nazywanie Boga
miłosiernym i dawcą życia jest niestosowne nad popalonymi ciałami
tych, którym akurat to życie brutalnie odebrał (to skrót
myślowy, lecz wszechmogący odpowiada za wszystko, włącznie z błędami
pilotów). Niektórzy nawiedzeni kaznodzieje podnosili
jeszcze okoliczność, że w kalendarzu obok dnia katastrofy jest
święto bożego miłosierdzia – na trzeźwy rozum to czysty
sarkazm, ale rozmodleni na amen uczestnicy uroczystości jakoś tego
nie zauważali, wodzeni przez po aktorsku podawane słowo
kaznodziejów. Katastrofa w Smoleńsku jako akt miłosiernego
Boga, albo jako akt miłosierdzia? Zastanówmy się: jeśli Bóg
w aktach osobowych każdej z ofiar katastrofy miał projekt
alternatywnej śmierci, i każda byłaby obciążona długotrwałym
cierpieniem, to kilka sekund trwogi, a potem brutalne i
wyniszczające uderzenie o grunt i elementy rozpadającego się
samolotu, wraz z natychmiastowym pożarem, może i jest lepszą opcją.
Tyle że, skąd pewność, że ofiary katastrofy smoleńskiej straciły
przytomność lub życie przed objęciem ich przez pożar? Pewną nadzieję
może dawać amatorskie video nakręcone telefonem przez pierwszych
ludzi na miejscu tragedii – istotnie, panuje tam głucha cisza,
co daje nadzieję, że nikt świadomie się nie palił. Aha, słychać było
coś jakby strzały z broni palnej, i co oczywiście świadczy o spisku
Ruskich – że na pewno dobijali ofiary, jak to u nich –
strzałem w tył głowy (w końcu to Katyń, nieprawdaż?). Ale na mój
prosty chłopski rozum, jak już coś tam strzelało, to raczej amunicja
z pistoletów funkcjonariuszy Biura Ochrony Rządu – jako
ochrona prezydenta z gazem pieprzowym tam przecież nie lecieli. Może
się nie znam, ale wydaje mi się, że ładunek prochowy w łusce pocisku
spala się, i to wybuchowo, gdy obejmie go ogień. Poza tym różne
rzeczy mogą się spalać z trzaskiem. Wracając do (non)sensu modlitwy,
to ciekawe, o co w tym chodzi. Bo lud spontanicznie zgromadził się
pod pałacem prezydenckim w Warszawie i w innych miastach na głównych
placach, i modlił się „za” dusze poległych w
katastrofie. Co to w ogóle ma znaczyć? Jeśli uważamy, że
zmarli byli wspaniali, to zapewne i Bóg będzie miał do nich
pozytywne nastawienie na sądzie ostatecznym, zwłaszcza gdy podobno
jest miłosierny. Jeśli jednak byli oni nikczemnikami zasługującymi
na potępienie, to czy wstawiennictwo modlitewne miałoby mieć
jakiekolwiek znaczenie? To tak, jakbyśmy zakładali, że ci, których
stać na dobrych adwokatów powinni wygrywać swe procesy, a
biedacy bez adwokata – niekoniecznie. Stąd również na
bożym sądzie jacyś grzeszni samotnicy zapomniani i żyjący na uboczu,
byliby pozostawieni samym sobie, a Bóg najwidoczniej sam z
siebie nie poczuwałby się do potrzeby wyrównywania ich szans
na tym obszarze (choć w niedoskonałych, ludzkich, sądach jest
instytucja adwokata z urzędu). Bez wódki nie razbieriosz, a i
z wódką niekoniecznie. No ale może sens modlitwy polega na
bezmyślnym odmawianiu nic sensownego nieznaczących formuł, po to, by
zadławić i ukryć przed świadomością poczucie uzasadnionej rozpaczy?
Czyli taki antydepresant z czasów przedfarmakologicznych?
Pogrzeb
był królewski ze względu na rozmach i ceremoniał, lecz nie
zgromadził wszystkich głów państw tak, jak spodziewaliśmy
się. Pojawiła się przeszkoda: w Islandii wybuchł wulkan o dziwnej
nazwie i rozproszył w górnych warstwach atmosfery chmurę
pyłu. Wkrótce większość krajów półkuli
północnej zamknęła swoje przestrzenie powietrzne i ruch
lotniczy zamarł. U nas taki ważny pogrzeb, dyplomatyczne zapowiedzi
przybycia najwyższych polityków największych i
zaprzyjaźnionych z nami krajów, a tu powszechny zakaz lotów!
I okazało się, że pomimo wstrzymywania odwołań swojego przybycia do
ostatniej chwili, najważniejsi politycy świata nie przybyli! Może
mieli „lękliwych” pilotów, którzy nie
odważyli się lecieć wbrew zaleceniom i brakowi pozwolenia ze strony
służb naziemnych, i byłaby to ważna pośmiertna lekcja pokory dla
zmarłego prezydenta Polski (który oczywiście z nieba
obserwuje)? A może, gdyby bardzo chcieli, dałoby się okrężną drogą i
kombinowanymi środkami transportu do Krakowa jakoś przybyć, tyle że
pretekst się trafił jak znalazł, a świadomość kontrowersyjności
pogrzebu na Wawelu na gruncie polskim pomogła zrezygnować z
osobistego udziału? O tym, że przylecieć dało się, świadczy
prezydent Gruzji Micheil
Saakaszwili, lecący okrężną drogą przez 5 krajów i przybyły
na koniec pogrzebu. W każdym
razie stawił się prezydent Rosji, i to bynajmniej nie pociągiem czy
helikopterem, lecz swoim Iłem-96 – i to on de facto okazał się
jedynym naprawdę ważnym politykiem z wielkiego kraju na tej
uroczystości. Nastojaszczyj drug, Miedwiediew! Ale
w oczach polskich paranoików to oczywiście część perfidnego
spisku Ruskich – teraz udają dobrych i przejętych. Jak to
oni... Wracając do trzeźwych klimatów: na koniec tego wątku
pochwalę zrównoważoną i godną homilię kardynała Dziwisza –
obyło się bez połajanek, a za to ze stosownymi (abstrahując od
ściśle religijnych motywów) słowami zarówno dla
polskich żałobników jak i zagranicznych gości. Nie wykluczam,
że fragmenty o potrzebie pojednania polsko-rosyjskiego mogą, poprzez
obecność rosyjskiego prezydenta, przynieść jakiś przyszły owoc.
Czas
wreszcie zastanowić się nad samą katastrofą. Pod względem
trajektorii w ostatniej fazie lotu została poznana już dość dobrze.
Samolot po niedawnym remoncie był sprawny, działał do ostatniej
chwili. W gęstej mgle polscy piloci wbrew sugestiom wieży w
Smoleńsku zdecydowali się podejść do lądowania, po uprzednim
czterokrotnym okrążeniu lotniska w połączeniu z wytracaniem
wysokości. Jednakowoż po zakończeniu spiralnego obniżania lotu
znaleźli się na zbyt małej wysokości (minimalnie 2,5 m!) i zaczęli
kosić drzewa. Zorientowawszy się co do tego faktu rozpoczęli
wznoszenie samolotu i zwiększanie ciągu silników (co
następuje z pewnym opóźnieniem), lecz zanim zdołali wznieść
się na bezpieczną wysokość, było już za późno: pewne grubsze
drzewo zostało ścięte lewym skrzydłem, z którego kawał
odpadł. Samolot w tym czasie odzyskiwał już wysokość, lecz
uszkodzone skrzydło ciągnęło w dół, i wysiłki na rzecz
ustabilizowania lotu nie powiodły się. Pokonując jeszcze kilkaset
metrów odległości, samolot przewracał się na lewe skrzydło i
ostatecznie spadł z wysokości ok. 15 m, zahaczając nim o grunt, co
doprowadziło do wbicia się kadłuba w ziemię. Katastrofa dokonała się
w możliwie najgorszy sposób: kadłub uderzył w ziemię niemal
prostopadle, doznając siły wygenerowanej przez skrzydło zaczepiające
ziemię i wytracając całą swą prędkość w miejscu. Jako czytelnik
różnych relacji o lotniczych katastrofach i widz serii filmów
na ich temat prezentowanych przez kanał National Geographic,
śmiem twierdzić, że gdyby polscy piloci wcześniej zdali sobie
sprawę, że ich samolot jest nie do uratowania w całości, działając
nieco wbrew prostemu instynktowi samozachowawczemu, mieli jeszcze
szansę na objęcie pewnej kontroli nad przebiegiem wypadku. Otóż
w momencie wyczuwalnego uderzenia w to grubsze drzewo mogli, a może
powinni byli, zrezygnować z podnoszenia samolotu i odzyskiwania
prędkości, a w zamian dokonać lądowania awaryjnego w tych
chaszczach, w których już się znaleźli. Gdy samolot był
jeszcze na wysokości 4-5 m, nawet brutalne sprowadzenie go na ziemię
nie musiało być aż tak katastrofalne: jeszcze nie obracał się wokół
swej osi podwoziem w górę, i po uderzeniu doszłoby zapewne do
urwania podwozi, przy czym już trochę zostałby wyhamowany, lecz
kadłub wciąż poruszałby się do przodu, sunąc po gruncie i odbijając
się odeń. Gdyby tylko na drodze kadłuba nie było bardzo twardych
drzew ani budynków, które weszłyby do środka,
masakrując załogę i pasażerów, kadłub w końcu by się
zatrzymał, w całości lub w kawałkach. Na pewno podczas kontaktu z
ziemią i drzewami po bokach skrzydła ulegałyby dalszym uszkodzeniom
lub odpadłyby, ogon i położone z tyłu silniki zapewne też
oddzieliłyby się podczas twardego kontaktu z ziemią, a dzięki temu
pożar z rozlanego paliwa dotarłby do kadłuba z choćby
kilkusekundowym opóźnieniem, co pozwoliłoby części pasażerów
z lekkimi obrażeniami uciec. Jeśli na miejscu szybko pojawiłaby się
straż pożarna, w trakcie jej walki z czasem może dałoby się
wyprowadzić lub wynieść jeszcze kilkoro pasażerów, tym
bardziej, że utraciwszy boczne zbiorniki paliwa wraz z wcześniej
odpadłymi skrzydłami, wrak samolotu być może mniej intensywnie
paliłby się w rejonie kadłuba (choć pod kadłubem często znajduje się
centralny zbiornik – nie wiem, czy w T-154M też). Niestety,
trudno oczekiwać tak adekwatnej reakcji od pilotów
dysponujących zaledwie kilku sekundami na decyzje i działania oraz
nieznającymi rozmiaru wszystkich uszkodzeń doznanych przez samolot –
wysnuwanie takich wniosków przychodzi łatwo, gdy się nie jest
samemu w sytuacji awaryjnej. Jest też dodatkowe obciążenie
psychiczne: trudno pogodzić się, że prowadząc najważniejszy samolot
w kraju trzeba go rozwalić, żeby uratować choćby część pasażerów.
Reakcja pilotów na niespodziewaną bliskość ziemi jest jednak
zaledwie ostatnim ogniwem zdarzeń prowadzących do katastrofy.
Faktycznie zaczęła się ona dużo wcześniej. Idąc wstecz, trafiamy na
ważniejszą zagadkę: dlaczego doświadczeni piloci sprowadzili samolot
tak nisko? W końcu wysokościomierze działają mimo mgły, a na
podejścia do lądowania samoloty posiadają dokładny, radarowy
wysokościomierz, pozwalający posadzić łagodnie na ziemi samolot, w
którym piloci siedzą na wysokości co najmniej pierwszego
piętra i nie widzą gruntu pod nogami. Pojawia się więc zagadka: czy
wysokościomierz podawał złe wskazania (teoria jaru, który
zakłócił wskazania), czy też może piloci z premedytacją tak
nisko prowadzili samolot, licząc, że znajdą się nad pasem i przez
cienką już warstwę mgły go dostrzegą? By wtedy, po mistrzowsku i z
ułańską fantazją, dokonać przyziemienia? A przypadkiem, o który
we mgle nietrudno, znaleźli się kilometr od pasa, w strefie anten
radiolatarni, linii energetycznych i z rzadka rosnących drzewek.
Rozważając sprawę dalej, nie możemy pominąć samego faktu, że w tych
warunkach piloci w ogóle zdecydowali się lądować, skoro
prymitywne wyposażenie powojskowego lotniska w Smoleńsku nie
obejmuje ILS, czyli systemu wspomagającego lądowanie wg przyrządów,
co powoduje, że dopuszczalne na takim lotnisku jest wyłącznie
lądowanie z widocznością. Skąd zatem determinacja u pilotów,
by lądować za wszelką cenę, którą zapłacono co do grosza? I
tu dochodzimy do punktu, w którym pomogą nam zapisy z
czarnych skrzynek, o ile nie zostaną utajnione (w końcu drażliwe
rozmowy w kokpicie zawsze można zinterpretować jako intymne,
nieprawdaż? Rząd PO nie ma osobistego interesu w utajnieniu
ewentualnych nacisków na pilotów, lecz w obliczu
kampanii prezydenckiej może się po prostu bać, że zostanie przez PiS
okrzyczany jako oszczerca wobec niemal Santo Subito zmarłego
prezydenta). Moglibyśmy bowiem usłyszeć, jak ktoś wchodzi do kokpitu
i mówi coś o lądowaniu i zwierzchnictwie nad armią w osobie
prezydenta – tak jak już było podczas niedoszłego lotu do
Tbilisi, gdzie jednak pilot i jego dowódcy postawili na
swoim, czyli trzymali się procedur, pomimo nagonki po locie ze
strony kancelarii prezydenta Kaczyńskiego. Zostali nazwani pilotami
„lękliwymi”. Czyżby tym razem piloci byli już „odważni”
jak należy? A może w ogóle nikt do kokpitu nie wchodził, a
piloci po prostu wiedzieli, że los uczestnictwa prezydenta RP w
ważnej dlań uroczystości spoczywa w ich rękach, bo jej początek
zaplanowany był na godz. 11 czasu moskiewskiego, czyli 9 czasu
polskiego, zatem samolot przybyły w rejon lotniska smoleńskiego ok.
8.30 powinien momentalnie lądować, a przez samo krążenie nad
zamglonym lotniskiem już stracił ok. 20 minut, a przecież na ziemi
wszyscy ważni pasażerowie jeszcze musieli przesiąść się do
przygotowanych autobusów i przejechać kilkanaście km do
katyńskiego lasu? Ktoś układający plan podróży i uroczystości
najwidoczniej zupełnie nie wziął pod uwagę, że lądowanie może się
nie udać za pierwszym razem albo w ogóle na zaplanowanym
lotnisku, gdyż nie umieścił w planie praktycznie żadnej rezerwy
czasowej na ewentualny dojazd polskiej delegacji z innego lotniska.
Gdyby samolot odleciał np. na inne lotnisko w odległości 1 godziny
jazdy autobusem, to przygotowany tabor musiałby jechać tam i z
powrotem, ergo impreza na cmentarzu opóźniłaby się o jakieś
2,5-3 godzin. Być może należało ów lot zaplanować właśnie te
2-3 godziny wcześniej, albo dokonać wylotu wieczorem poprzedniego
dnia, nawet ponosząc koszty noclegu, lecz i tak wyszłoby taniej niż
w ten sposób. Najwidoczniej ktoś pomyślał, że lepiej na
uroczystość nie przybyć wcale niż się spóźnić, i to akurat
dało się łatwo osiągnąć. Tak więc nie wykluczam, że nikt nawet nie
szedł do kokpitu z ultymatywnym tekstem nakazującym lądowanie –
piloci mogli sami czuć tę presję znając program dnia, i mogli się
spodziewać, że w razie udanego lądowania zostaną pochwaleni albo
podani do odznaczenia. Minister Klich odznaczył pilota, który
postawił się prezydentowi i zastosował się do obowiązujących go
procedur i rozkazów. Pilot-kozak, z kolei spodobałby się
Pierwszemu Pasażerowi RP i też być może jakieś wyróżnienie
zarobiłby, choć za taki numer, nawet uwieńczony sukcesem, u
cywilnego przewoźnika lotniczego traci się pracę. Tam bowiem wozi
się zwykłych ludzi, a w razie ich obrażeń i utraty życia –
płaci milionowe odszkodowania, które niejedną lotniczą firmę
wepchnęły już w bankructwo. W Tupolewie nr 101 reguły te nie
obowiązywały, pomimo że wiózł najważniejszych ludzi w
państwie. A może właśnie DLATEGO? Już samo niezastosowanie się do
sugestii rezygnacji z lądowania ze strony wieży kontrolnej jest
kuriozalne, choć podobno w przypadku samolotu rządowego
dopuszczalne. Wspomnijmy też relacje polskich dziennikarzy wcześniej
przybyłych na smoleńskie lotnisko, którzy widzieli dwukrotną,
dramatyczną i przerwaną próbę lądowania na tym lotnisku
rosyjskiego samolotu transportowego IŁ-86, który na tę samą
imprezę wiózł ochroniarzy prezydenta Miedwiediewa, i którego
pilot jakoś nie ucierpiał na honorze, będąc zmuszonym odlecieć z
powrotem, co oznaczało, że ze strony rosyjskiej też będzie
opóźnienie obchodów rocznicy katyńskiej zbrodni, gdyż
prezydent Rosji na pewno nie pójdzie na uroczystość bez
ochrony. Tak więc straciliśmy 96 istnień ludzkich, a i samolotu
świeżo wyremontowanego za kilkadziesiąt milionów PLN szkoda –
Tupolew 154M nie jest konstrukcją nieudaną, tylko na obecne warunki
trochę przestarzałą. No i drzewek pod Smoleńskiem szkoda też.
Tu
wkrótce opiszę niesmak na tle programu J. Pospieszalskiego,
artykułu B. Wildsteina i wiersza J. M. Rymkiewicza
18.04.2010
Antyfacet RP